środa, 18 lipca 2012

MIEĆ POCZUCIE DOBRZE PRZEŻYTEGO ŻYCIA


O wyzwaniach rozwojowych, jakie stoją przed przechodzącymi na emeryturę, o pozytywnych aspektach starzenia się i tym, co zyskujemy na starość, a do czego wcześniej nie mamy dostępu, wreszcie o tym, po co nam poczucie sensu życia z prof. Anną Izabelą Brzezińską rozmawia Łukasz Czapski.

Łukasz Czapski: Przed jakimi wyzwaniami rozwojowymi staje osoba przechodząca na emeryturę?

Prof. Anna Brzezińska: To trudne pytanie, bo kiedyś przechodzenie na emeryturę było zupełnie czymś innym niż teraz. Ludzie z mojego pokolenia, czy ciut starsi, roczniki powojenne, z lat 40-tych, 50-tych, my wiedzieliśmy kiedy przejdziemy na emeryturę. Nikt w związku z tym się specjalnie tej emerytury nie obawiał, bo to było nieuchronne w takim normalnym, życiowym sensie. Każdy wiedział, że jak zaczyna pracę to za tyle i tyle lat ją zakończy i przejdzie na emeryturę. Natomiast dla tych młodszych roczników – trzydziesto-, czterdziestolatków, które teraz pracują – emerytura oznacza kompletnie coś innego. Z jednej strony mamy wymuszane przechodzenie na emeryturę w wieku tych 67 lat, a z drugiej strony teraz ludzie często tracą pracę nagle w średnim wieku, będąc absolutnie w pełni sił zawodowych, pełni planów, z kredytem na karku. To się robi coraz trudniejsza psychologicznie i decyzyjnie sytuacja. Mówiąc o wyzwaniach stojących przed emerytami trzeba te konteksty rozdzielać. Można mówić o samym momencie formalnego, ustawowego przejścia na emeryturę. Ale można również mówić o emeryturze jako o momencie przerwania aktywnej jednym ciągiem pracy zawodowej, kiedy nagle nie wiem, co mam dalej ze sobą zrobić. Zwłaszcza, że rynek pracy jest coraz bardziej chwiejny i zmienny, mówi się też coraz więcej o nadchodzącym kryzysie, możemy niedługo nie być w ogóle pewni swojej pracy, więc przejście na emeryturę nie jest już kwestią formalno-prawną – stało się sytuacją ważniejszą pod względem psychologicznym. Coraz częściej też staje się dlatego sytuacją dramatyczną.

Dlaczego?

A. B.: Ponieważ coraz częściej będzie ta sytuacja dotykać ludzi w różnym wieku, o różnym stopniu sprawności i stanu zdrowia i o różnym apetycie na życie. W o wiele lepszej sytuacji są osoby wykształcone, które coś umieją, które mają dużo różnych doświadczeń zawodowych, nie trzymały się kurczowo jednej pracy tylko albo ją zmieniały albo podejmowały dodatkowe prace. One zyskały przekonanie, że sobie zawsze jakoś poradzą. I nawet kiedy taka osoba straci pracę, to po normalnym momencie dezorganizacji emocjonalnej, odniesie się do swoich różnorodnych doświadczeń i jej ścieżka rozwojowa zacznie się prostować. Ci, którzy mają kiepskie wykształcenie, albo takie, na które w ogóle nie ma zapotrzebowania na rynku i jeszcze dodatkowo trzymali się kurczowo tej jednej jedynej pracy, nie podejmując żadnych dodatkowych wyzwań - będą w sytuacji bardzo trudnej. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby przeszli przez jakąkolwiek rozmowę kwalifikacyjną, bo co oni w ogóle będą mieli do zaproponowania. A prostych prac, którymi można sobie dorobić teraz już prawie w ogóle nie ma. Bo nawet prowadzenie komuś domu, czy sprzątanie wymaga teraz odpowiednich kwalifikacji.

Jak pani ocenia tę sytuację jako psycholog?

A. B.: To jest okropne co powiem, ale tak mi wychodzi z mojej wiedzy, moich doświadczeń, że jeżeli ktoś nie pomyśli wcześniej o tym, że można przeciwdziałać tej sytuacji, odpowiednio się do niej przygotować – to wcześniej czy później będzie na garnuszku opieki społecznej albo na łasce swojej rodziny. Ja mam teraz 63 lata. Gdybym teraz nagle straciła pracę, czego oczywiście sobie w ogóle nie wyobrażam, to nie byłaby to dla mnie aż taka wielka tragedia. Na pewno byłabym zła, że to coś miesza mi w moich planach, że muszę się zająć poszukiwaniem pracy, a nie pisaniem kolejnego artykułu, ale to byłaby po prostu chwilowa dezorganizacja. Ale jak sobie wyobrażam losy niektórych swoich koleżanek z liceum, które poodchodziły z pracy, bo przyszli na ich miejsce młodsi, to to są osoby, które pałętają się na marginesie życia. One wyglądają dużo starzej niż ja, chodzą inaczej, inaczej się ubierają, wszystkie są już chore, siedzą w tych kolejkach do lekarza i marudzą. A tak naprawdę to myślę, że nie odnalazły sensu swojego życia.

Jak pani myśli, dlaczego?

A. B.: Nie dlatego, że im ktoś czegoś nie dał czy coś zabrał, tylko dlatego, że przez całe życie po prostu żyły bez własnego poczucia sensu życia. Były wstawione w pewne tory, wykonywały mniej lub bardziej mechanicznie pewne czynności. Nie zadbały o to, że czymkolwiek się nie zajmujesz i gdziekolwiek jesteś, twoje życie powinno mieć sens. I to ty ten sens swojemu życiu nadajesz. Jak teraz pytam jedną z tych koleżanek, gdy tak narzeka: „Nie masz znajomych? Przyjaciół”, „No, nie mam”, „No to jest twoja wina, że nie masz, bo nie zadbałaś o to. A kontakty z sąsiadami? Z bliższą i dalszą rodziną? Nasza Klasa? A internet i dziesiątki portali społecznościowych, gdzie można nawiązywać różnego typu relacje? A własne pasje? Zainteresowania? Książki jej się nie chce czytać. Tu ją boli to nie pójdzie na coś tam. No i pytam się jej: to teraz co?”. Ona się w przyśpieszonym tempie starzeje. Jest sześćdziesięcioparoletnią kobietą, która w sensie psychiczno-emocjonalnym jest już starą kobietą. Ona nie jest już atrakcyjna dla innych osób. Żaden młody z nią nie będzie chętnie przebywał. Jeśliby nawet była wolontariuszką, to z taką marudzącą filozofią życia, nie nadaje się do żadnych aktywności.

I co dalej?

A. B.: Na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Na przykład na sytuację na rynku pracy. Nie wiemy, co nas w tej kwestii czeka. Nigdy nie wiemy też, co się stanie z naszym zdrowiem, chociaż dbając o siebie możemy pewne rzeczy opóźniać, a innym przeciwdziałać. Ale jest jeszcze trzeci obszar, na który na pewno mamy wpływ i o to powinniśmy dbać od samego początku. Najpierw z nauczycielami i rodzicami, potem już sami od momentu, kiedy jesteśmy siebie świadomi. Mówię oczywiście o dbaniu o swoją kondycje psychiczną. O aktywność, o zainteresowania, o pasje, o podtrzymywanie i rozbudowywanie relacji z ludźmi, o nieboczenie się na sąsiadów, o włączanie się w różne akcje, o czytanie gazet, oglądanie telewizji, nawet już te seriale, ale potem koniecznie rozmawianie o nich z innymi. Nie może być tak, że każdy sam, bo taki model starzenia się widzę najczęściej. Jeśli tak ma to wyglądać, to szykujemy sobie straszną starość. Nie każdy ma przy sobie rodzinę. Coraz więcej młodych ludzi wyjeżdża na kontrakty albo daleko od domu. Mają swoje aktywne życie, nie będą na każde nasze zawołanie. Zbliżamy się do modelu francuskiego. Pamięta pan może, nie wiem który to był dokładnie rok, były straszne upały i ileś tysięcy starszych ludzi im wtedy zmarło, bo dzieci i wnuki pojechały na wakacje. U nas to jest jeszcze nie do wyobrażenia, ale już powoli do tego dochodzimy, że będziemy poszukiwać luksusowych domów opieki, jeśli nas będzie na to stać, żeby tych rodziców tam przekazać, bo nie będziemy mieli czasu sami się nimi zajmować. Ale ci rodzice często sami sobie na to pracują. Nie pielęgnują więzi społecznych, począwszy od tych z sąsiadami i najbliższą rodziną, a kończąc na tych wirtualnych i nie włączają się w żadne aktywności na rzecz innych ludzi. A takie aktywności otwierają kolejne szanse dla każdego. Poznaje się nowych ludzi, można realizować swoje pasje, zainteresowania.

Czyli powrót do starych lub odnalezienie nowych pasji jest dobrą drogą do aktywizacji?

A. B.: Ja na przykład nie mam obecnie zupełnie czasu na realizowanie swoich pasji i zainteresowań, bo jestem do tego stopnia pochłonięta pracą. Ale to nie znaczy, że tych pasji nie mam. Jak znajduje chwilę, to zawsze staram się czytać to, co lubię czy słuchać tej muzyki, którą lubię. Dbam o to, starając się chociażby być cały czas na bieżąco. Czytam w gazetach recenzje nowych książek czy płyt. Często nie kupię tego, nie przeczytam, ale wiem, że się coś nowego pojawiło. Teraz na przykład wiele osób starszych w ogóle nie kupuje gazet, bo mówią że oszczędzają. Ale przecież można się tak umówić, że przekazują sobie te gazety. Ja daję zawsze gazety mojej mamie, ona je potem przekazuje sąsiadkom i dzięki temu są cały czas na bieżąco ze zmieniającą się rzeczywistością. Oprócz kobiecych pism, staram się też podrzucać jej tygodniki opiniotwórcze jak „Polityka” czy „Wprost”, żeby czytała różne rzeczy. Można oglądając coś w telewizji, skończyć na tym. Ale można też, idąc do kościoła porozmawiać o tym z sąsiadką. Wracając z tego kościoła można dać się zaprosić na herbatę albo zaprosić kogoś do domu. W ten sposób człowiek zaczyna żyć nie tylko swoimi sprawami, ale wciąga się w inne rzeczy.

Czyli trzeba zacząć od najprostszych aktywności w swoim najbliższym otoczeniu?

A. B.: Tak, tym bardziej, że na pewno z biegiem lat będzie nam się pogarszało zdrowie i samopoczucie – to jest oczywiste. Szczególnie roczniki najstarsze, które mają za sobą te trudne doświadczenia przedwojenne, wojenne i powojenne. Oni sami mówią często o sobie, że są dobrym przedwojennym materiałem, ale to nie były dzieci, o które bardzo dbano więc różne niezaleczone albo źle leczone choroby będą teraz dawały o sobie znać. Z drugiej strony mamy problem z zatrudnieniem osób 50 + na rynku pracy. Nie ma prawie w ogóle dla nich ofert. Pozostaje własna aktywność, inni ludzie, pasje i zainteresowania. W fantastycznej sytuacji są mieszkańcy miast i średnich miasteczek, bo nawet jak im się czegoś nie chce, to potencjalnie te oferty aktywności dla nich są, trzeba tylko wyjść z domu. Ale w tragicznej sytuacji są starsi ludzie w mniejszych, oddalonych od dużych ośrodków miejscowościach. Młodzi ludzie albo już stamtąd wyjechali za pracą albo wracają tylko na weekendy i nie budują w żaden sposób życia kulturalnego takiej miejscowości. Ci starsi ludzie tam są skazani na siebie. W niektórych wioskach już nawet nie ma sklepu, który był miejscem spotkań, bo są duże sklepy niedaleko. Nie ma domów kultury, remiza strażacka już nie tętni życiem, bo nie ma kto tego robić. U lekarza też już ludzie się nie spotkają, bo lekarzom nie opłaca się otwierać małych gabinetów na wsiach. Nie ma już takich miejsc, gdzie można się spotkać, poplotkować, wymienić informacjami na różne tematy – czyli miejsc, które wytwarzają naturalne mechanizmy, które trzymają tych ludzi przy aktywności czyli zdrowiu. Ludzie nieaktywni to zazwyczaj kandydaci do pomocy społecznej.

A patrząc na sprawę z drugiej strony, czyli ze strony osób, organizacji, instytucji, które chcą jakoś zaktywizować te nieaktywne starsze pokolenia – jak to robić, jak wspierać, jak aktywizować?

A. B.: Czasem trochę rozumiem tę bierność. Ja jestem w swoim pokoleniu dzieckiem szczęścia. Mając tyle lat ile mam, mogę nadal aktywnie pracować, realizować swoje pomysły. Absolutnie nie czuję się odstawiona na boczne tory. Wręcz przeciwnie – czasem mam tego już za dużo, wiek daje o sobie znać i czasem już nad wszystkim tak do końca nie panuję. Ale te roczniki przedwojenne, wojenne i powojenne nie mogły się tak realizować i aktywizować, bo miały inne rzeczy do zrobienia. Trzeba się było utrzymać przy życiu, dzieci było więcej. I tu działa ten mechanizm, o którym mówiłam – ci ludzie byli zajęci utrzymaniem się przy życiu i wychowaniem dzieci i w ich życiu często nie było już miejsca na inne aktywności, rozbudowane relacje społeczne. Tu powstaje faktyczny problem – jak aktywizować kogoś, kto rzeczywiście nie jest aktywny, nie był wcześniej aktywny i nie ma w sobie wzorca takiej aktywności.

Jak to rozwiązać?

A. B.: Według mnie jedyną ścieżką, jest robić to mimo wszystko, mimo przeszkód, ale bardzo dbać przy tym, kto to robi. To jest ważne, czy to będą ludzie w tym samym wieku czy troszeczkę młodsi czy całkiem młodzi ludzie. Ja widzę, że największą siłę przebicia mają młodzi ludzie. I tu jest paradoks, bo oni nie rozumieją tych wszystkich zaszłości, czasem idą trochę jak głową w mur, ale często im się udaje, bo nie mają w sobie tych wszystkich stereotypów. Mówię to też na podstawie obserwacji swoich studentów, którzy robili parę lat temu projekty dla seniorów. W sposób systematyczny pracowali w jednym z ośrodków dziennej opieki dla seniorów i totalnie się tam odnaleźli i świetnie współdziałali z tymi starszymi ludźmi. Wnieśli swój entuzjazm, swoje błyszczące oczy, wnieśli przekonanie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Może czasem im do głowy nie przyjdzie, że tam są jakieś ograniczenia, ale dzięki temu zaprzeczają tezie, że od ograniczeń trzeba zaczynać.

Czyli jacy młodzi ludzie powinni zajmować się aktywizowaniem?

A. B.: Przede wszystkim ludzie z entuzjazmem, którzy chcą poświęcić tej starszej osobie swój czas. Ta druga strona myśli sobie wtedy: skoro przyszli do nas z taką energią i otwartością, to znaczy, że jesteśmy dla nich wartościowi, że warto z nami coś robić. Skoro nas do czegoś zachęcają, to znaczy, że jesteśmy jeszcze im do czegoś potrzebni. To są na pewno bardziej animatorzy niż nauczyciele i wykładowcy – tacy ludzie, którzy wciągną tych seniorów do wspólnych działań. Czasem jestem jednak zażenowana pomysłami na animowanie starszych pokoleń. Jak widzę jakieś imprezy pod hasłem aktywności 50+ i widzę jak starsze panie rapują, to czuję się tym upokorzona jako widz. Widać, że często same tego nie wymyślają, ktoś im to narzucił, one oczywiście są w tym bardzo fajne, ale mi jest smutno, jak to widzę. Gdyby te starsze panie robiły to razem z młodymi to może nabrałoby to większego sensu. Widziałabym źródło prawdziwej aktywizacji w uczciwej społecznej relacji. Organizacje pozarządowe, na szczęście, szukają często ludzi, którzy są ideowi, którzy nie traktują tego instrumentalnie, którzy często mają do tych obcych w sumie ludzi taki stosunek jak do swojej babci i dziadka – czyli z jednej strony wymagający, ale z drugiej ciepły i akceptujący, z humorem, z dystansem.

W naszym programie „Seniorzy w akcji” zapraszamy do zgłaszania się właśnie takie pary międzypokoleniowe, które razem potem realizują projekt i na poziomie koncepcyjnym i w późniejszym działaniu.

A. B.: Myślę sobie, że z tymi młodszymi to jest tak, że muszą być po prostu dobrze wychowani, z dobrym wyczuciem sytuacji, zachowujący pewne formy, zdający sobie sprawę, że to, co dla nich nie jest ważne może być ważne dla tej starszej osoby. Z kolei starsze osoby muszą po prostu czasem stonować swoje opinie, przypomnieć sobie, że jak były młode to też inaczej się ubierały i zachowywały. Wtedy będzie im łatwiej zaakceptować wybory młodszych. Stawiałabym w takich międzypokoleniowych parach na bliskie relacje. Jak razem pracujemy, to razem wymagamy od siebie nawzajem. Nie obniżajmy wymagań ze względu na to, że ktoś jest stary. „Dzisiaj mnie boli noga, to nie przyjdę”, „Ale może jednak pani dotrze?”, „Nie, nie dam rady”, „A może będzie pani przynajmniej pod telefonem?” - trzeba nie dać uciec i nie pozwolić na rozwinięcie się takiego przekonania, że „ci młodsi to robią to dla nas z litości”. Najlepiej tak zorganizować te wspólne aktywności, żeby było jasne, że naprawdę my sobie nie damy bez tych starszych rady. Oni wtedy wiedzą, że to jest naprawdę i od nich coś zależy. Wtedy nie rodzi się też takie poczucie w nich, że oni przyszli nas aktywizować i nas teraz aktywizują. To jest kwestia jakości tych relacji na poziomie prawdziwie ludzkim, i głęboko etycznym.

W nawiązaniu do pytania postawionego w jednym z rozdziałów książki "Psychologiczne portrety człowieka" pod Pani redakcją: czy człowiek w późnych latach życia zyskuje coś szczególnego, do czego nie ma dostępu na wcześniejszych etapach swego życia?

A. B.: Kiedyś tylko o tym pisałam. Teraz sama jestem na tym etapie życia i przekonuję się, że dobrze o tym napisaliśmy. Trzeba na początku założyć, że to dotyczy ludzi, którzy dobrze przeżyją swoje życie, czyli takich, którzy panują nad swoim losem. Mogę wszystko wiele razy tracić, być z potarganej historią rodziny, ale nadal mam w sobie ocalone poczucie panowania nad moim życiem. Co wynosimy na starość z tak przeżytego życia? No, na pewno coś tak wyświechtanego, jak mądrość życiową. To jest ważne pojęcie, bo łączy w sobie wiedzę i doświadczenia. Tutaj łączy się ta profesjonalna wiedza zdobywana przez edukację i lata pracy z tą mądrością życiową, której nie da się zapisać. Zdobywamy też wspartą doświadczeniami intuicję, która też nie jest czymś uchwytnym, ale dojrzewa razem z nami. Na pewno mocniej jej ufamy w starszym wieku, bo mamy więcej przykładów na jej skuteczność. To tutaj często się pojawia niezgoda między pokoleniami, bo babcia uparcie nam coś tłumaczy a my jej odpowiadamy, że co ona tam wie. Być może konkretnie to ona faktycznie już niewiele wie, bo jest z innego świata, ale życie ją nauczyło, że jak zrobisz tak, to będzie tak a jak zrobisz inaczej, to będzie inaczej. Tu oczywiście znowu wracamy do tego, że człowiek jest w tym sensie mądrzejszy, jeśli jego życie jest bogate w rozmaite doświadczenia, spotkania, zdarzenia. Taki starszy człowiek ze swoją mądrością i rozpoznaną własną intuicją może często być wspaniałym doradcą, mentorem lub kimś kto nie poda nam konkretnego rozwiązania, ale każe nam się jeszcze przez chwilę nad czymś zastanowić zanim podejmiemy ostateczną decyzję.

A co poza tą mądrością?

A. B.: Widzę też u starszych osób, które przeżyły dobrze swoje życie taką pogodę, optymizm i wielkoduszność. Z wiekiem mija już takie sztywne trzymanie się różnych reguł. Łatwiej jest mi machnąć ręką, zgodzić się na pewne odstępstwa, nie dlatego, że coś lekceważę, tylko dlatego, że więcej widzę i rozumiem. Nazwałabym to odejściem od reguł na rzecz sensu. To jest taka prawdziwa empatia.

Jeszcze coś co zyskujemy na starość?

A. B.: Myślę jeszcze o sieci kontaktów społecznych. Ja na przykład chętnie włączam w swoją sieć swoich startujących dopiero w zawodzie doktorantów. I kiedy ja się wyłączę, to oni zostaną. Piszemy razem artykuły, zaznajamiam ich ze swoimi znajomymi na konferencjach naukowych. Erikson powiedział, że ludzie, którzy nie mają swoich własnych dzieci powinni potraktować swoich młodszych współpracowników jako pokolenie, któremu można coś zostawić. Nie tylko swoją wiedzę i doświadczenia, ale także swoje kontakty, relacje. To jest dzisiaj bardzo ważne.

Co z psychologicznego punktu widzenia jest pozytywnego w starzeniu się?

A. B.: Na pewno z biologicznego punktu widzenia nic. Bo mam tyle planów i pomysłów, że nie chciałabym się starzeć. Ale z psychologicznego punktu widzenia, to dla mnie fajne jest poczucie spełnienia. Fajne jest poczucie dobrze przeżytego życia. Jeszcze raz podkreślam, że nie mam tu na myśli życia usłanego różami. Dobrze przeżyte czyli zawsze w moich rękach. Nie zawsze mogłam wszystko zrobić tak, jak chciaam, wszystkiemu złemu zapobiec, ale przynajmniej wiem, że się starałam. Potem na pewno też fakt, że mam dużo wspaniałych znajomych, że zostawię po sobie dużo dobrych wspomnień, że byłam ważną osobą dla wielu osób. Nie każdy zostawia po sobie materialne ślady, po mnie majatku wiele nie zostanie. Ale to, co zostaje po nas we wspomnieniach, kontaktach jest bardzo ważne. Wielu ludzi tego nie ma na własne życzenie. Dzisiaj to grozi agresywnie robiącym karierę trzydziesto- i czterdziestolatkom. Odsuwają od siebie wejście w stały związek, czyli w jakieś zobowiązanie, odsuwają decyzję o dziecku, potem o kolejnym dziecku, odcinają się od swoich korzeni, nie ma się siły, więc się nie pielęgnuje więzi sąsiedzkich – na własne życzenie taki człowiek szykuje sobie straszną starość. Bez ludzi. I bez jakiejkolwiek sensownej aktywności.


ANNA IZABELA BRZEZIŃSKA - profesor zwyczajny UAM w Poznaniu, członek Komitetu Psychologii PAN, kierownik Zakładu Psychologii Socjalizacji i Wspomagania Rozwoju w Instytucie Psychologii UAM, lider Zespołu Wczesnej Edukacji i członek Rady Naukowej Instytutu Badań Edukacyjnych w Warszawie; autorka prac z zakresu psychologii rozwoju, edukacji i zdrowia publicznego; autorka monografii (kilka wydań) Społeczna psychologia rozwoju, współautorka książki W poszukiwaniu złotego środka, Rozmowy o rozwoju człowieka (2005); redaktorka i autorka podręczników, m.in. Portrety psychologiczne człowieka, Praktyczna psychologia rozwojowa (2005) oraz serii ośmiu tomów poświęconych szansom i zagrożeniom rozwoju od dzieciństwa po późną dorosłość; współredaktorka książki Problemy etyczne w badaniach i interwencji psychologicznej wobec dzieci i młodzieży (2007) oraz redaktorka czterech serii publikacji poświęconych aktywizacji zawodowej osób z ograniczeniami sprawności: Osoby niepełnosprawne; Przeciw wykluczaniu z rynku pracy; Osoby z ograniczeniem sprawności na rynku pracy; Aktywność zawodowa osób z ograniczeniami sprawności.

poniedziałek, 2 lipca 2012

MODEL DOMU SĄSIEDZKIEGO


„Najlepiej pomaga innym ten, kto wskazuje jak sami mogą sobie pomóc” - ten cytat z Goutheya otwiera stronę Gdańskiej Fundacji Innowacji Społecznej. Od lat Fundacja wprowadza w życie idee przemian społecznych realizowanych z ludźmi i dla ludzi. W ramach projektu „CEAL – nowe spojrzenie na ekonomię społeczną z perspektywy brytyjskich doświadczeń” współfinansowanego ze środków UE, wypracowali Model Domu Sąsiedzkiego. Model ten wcielają w życie w Gdańsku. Wypracowali na gdańskiej Oruni model partnerskiej współpracy i porozumienia lokalnych instytucji, organizacji oraz właścicieli firm z terenu dzielnicy i otworzyli Dom Sąsiedzki Gościnna Przystań.

Idea domów sąsiedzkich jest zaczerpnięta ze świetnie prosperujących od lat w Anglii, Irlandii, Niemczech czy Holandii – community centers. Zaczęło się od otwierania takich centrów w ubogich dzielnicach lub zepchniętych na margines miasta, by wyrównywać szanse społeczne. Teraz domy sąsiedzkie funkcjonują już w szerszych obszarach. Stały się miejscami kształtującymi lokalne społeczności, zbierającymi dobre praktyki, integrującymi mieszkańców i uruchamiającymi ich potencjał w bezpośrednich działaniach. Mieszkańcy współtworzą takie centrum razem z siecią wspierających organizacji, instytucji i prywatnych firm. Zagraniczne community centers mają też często charakter przedsiębiorstw społecznych, co powoduje, że zarabiają na utrzymanie budynków i sfinansowanie prowadzonych w nich programów.

W Gdańsku zaczęło się od zawiązania koalicji Urzędu Miasta, Fundacji Regionalne Centrum Informacji i Wspomagania Organizacji Pozarządowych i 11 organizacji pozarządowych, działających w obszarze społeczności lokalnych. Nazwali się Gdańską Siecią Partnerstw Lokalnych. W sieci znalazła się też Gdańska Fundacji Innowacji Społecznej. Dyskusje, doświadczenia animacyjne, problemy z finansowaniem tych działań, stały się dla Sieci punktem wyjścia do szukania rozwiązań w ramach ekonomii społecznej. Zaczęli na wzór zachodnioeuropejski rozwijać w Gdańsku ideę Domów Sąsiedzkich, jako miejsc działających długofalowo, skupiających aktywność mieszkańców i odpowiadających na potrzeby lokalnych społeczności. Wypracowany przez nich model zbiera rekomendacje i wyznacza podstawowe obszary funkcjonowania takiego domu. Jest też swoistą instrukcją jak taki dom sąsiedzki stworzyć, od czego zacząć, o czym nie zapomnieć, jak go potem utrzymać. Twórcy tego modelu korzystają z wieloletnich doświadczeń Brytyjczyków, przekładając je na polskie realia społeczne. 

Idea Domu Sąsiedzkiego ma w Polsce charakter innowacyjny, ponieważ brakuje w naszym kraju modelowych rozwiązań, wskazujących w jaki sposób tworzyć i rozwijać miejsca stymulujące aktywność i integrujące społeczność lokalną. Ważnym zagadnieniem dla Gdańskiej Sieci Partnerstw Lokalnych stał się też sposób finansowania takiego Domu Sąsiedzkiego, tak, żeby był on częściowo niezależny finansowo i mógł działać długofalowo, bez typowej dla polskich organizacji pozarządowych walki o płynność finansową. Tutaj twórcy modelu ponownie odwołują się do doświadczeń brytyjskich partnerów w utrzymywaniu finansowym community centers.

Opracowanie modelu Domu Sąsiedzkiego podzielone zostało na kilka obszarów: ideę działania, odbiorców, organizację działania, ewaluację działań, aspekty finansowe i podstawy prawne do ich tworzenia i funkcjonowania. 

Twórcy modelu zaczynają od idei, jako podstawie decyzji o podjęciu działań, których celem jest utworzenie Domu Sąsiedzkiego. Stwierdzają, że tworząc go, należy wyznaczyć sobie misję, która zdefiniuje kim są twórcy domu i jakie są ich cele. Według nich, świadomość wartości, na jakich oparte będzie działanie Domu, jest pierwszym krokiem do wyznaczenia celów i stworzenia strategii działania.

Jeżeli chodzi o odbiorców, twórcy modelu rekomendują stworzenie przyjaznej i otwartej na różnorodność osób i grup przestrzeni, w której będą oni wykorzystywać swój potencjał. Zwracają również uwagę na wzmacnianie podmiotowości członków społeczności oraz sprzyjaniu powstawaniu oddolnych, samodzielnych i niezależnych inicjatyw mieszkańców.
Potem przechodzą do szczegółowego planu zakładania Domu Sąsiedzkiego, z którego możemy uzyskać rekomendację na temat rozpoznania zasobów i potrzeb lokalnej społeczności, gdzie utworzyć Dom Sąsiedzki, jakie są niezbędne zasoby do utworzenia Domu, jak stworzyć ramy organizacyjne, zebrać niezbędny personel, stworzyć ofertę Domu oraz jak szukać współpracowników i sojuszników w lokalnej społeczności. 

W dalszej części opisu modelu przeczytamy o znaczeniu ewaluacji działań Domu, która pozwoli zbadać czy faktycznie zaspokajamy potrzeby lokalnej społeczności oraz o planowaniu sfinansowania inwestycji jaką jest stworzenie takiego Domu i utrzymywanie go potem.

Przykładem wdrożenia modelu jest Dom Sąsiedzki Gościnna Przystań na Oruniu w Gdańsku. Dom prowadzi szereg działań, m.in.: świetlicę, kącik prasowy, różnorodne warsztaty dla seniorów, Klub Seniora i Klub Młodych, kafejkę internetową, szkołę dla rodziców. Stale pojawia się oferta nowych warsztatów. Dzieci i młodzież oprócz świetlicy, mogą korzystać z zajęć tanecznych, modelarskich, kulinarnych, komputerowych, etc. W Domu mają również miejsce próby zespołu muzycznego. Dom został wyremontowany dzięki dużemu wsparciu i zaangażowaniu mieszkańców i jest miejscem, które chętnie odwiedzają. Oby inicjatyw opartych na integrowaniu i aktywizowaniu lokalnych społeczności było coraz więcej. Czekamy na kolejne Domy Sąsiedzkie w innych miastach w Polsce. 

CO SIĘ DZIAŁO W 4. EDYCJI "SENIORÓW W AKCJI"? vol. 2

KRUPSKI MŁYN
Relacja Marty Knopik: Joasia Mikulska o czwartej nad ranem przekręciła klucz w swoim norweskim domku, by być w Krupskim Młynie na czas. Pan Krzysztof z panem Marianem, dwaj seniorzy z fotografii, w południe skakali po drabinkach, mocując liny. Magda zaznaczała punkty na asfaltowej mapie. Słońce przebijało się przez chmury. Daniel pilnował, dowoził kredę z przedszkola. Karolina, Ola, Agata i Michasia ułożyły czereśnie i plasterki arbuza, odganiając muszki, marzące o kąpieli w żółtych szklankach. Wyobrażam sobie, ile kobiet stało przed lusterkiem i malowało usta o 17.15. Zapinały perełki, zakładały klipsy, może polerowały ślubne obrączki i mówiły do mężów, którzy woleliby obejrzeć kolejny mecz: - No choodź. Obserwując ludzi z boku, od razu można powiedzieć, czy ktoś jest zainteresowany, czy nie. Patrzenie na to, z jaką uwagą czytają, było dla mnie największą przyjemnością. Wiatr poruszał płachtami, a oni stali, rozpoznawali na zdjęciach siebie, swoich przyjaciół i sąsiadów, dopasowywali twarze, wykrzykiwali nazwiska. Stali, zakładając ręce, ściskając w dłoni wilgotną chusteczkę, czasem się śmiejąc, czasem wzdychając do dawnych czasów.


PĘGÓW
W Pęgowie zakończyły się warsztaty ogrodniczo-zielarskie dla młodych, starszych i najstarszych. Uczestnicy dowiedzieli się jak hodować zioła, do czego używać ich w kuchni, jak stosować je w pielęgnacji urody. Wykłady prowadziły animatorki w różnym wieku, będące ekspertami w dziedzinie biologii, plastyki, architektury. Efektem warsztatów jest publikacja „Zeszyt Ziołowego Pęgowa”, w którym znalazły się najciekawsze przepisy kulinarne z zastosowaniem aromatycznych, naturalnych przypraw. Uczestnicy projektu przygotowali także pokazowy ogródek ziołowy i  podczas lokalnego święta – Dnia Truskawki, zaprezentowali stoisko zielarskie, które cieszyło się dużym zainteresowaniem.


WARSZAWA
Relacja Joanny Tomiak: Przez 9 miesięcy w ramach projektu "Warkocze M." w międzypokoleniowej grupie zgłębiałyśmy historie kobiet z Muranowa oraz sztukę komiksową. Podczas wspólnych spotkań uczyłyśmy się rysować, planować kadr, pisać scenariusze komiksów, jak również poznawałyśmy historię kobiet będących przynajmniej przez pewien czas związanych z Muranowem. Zwieńczeniem projektu jest publikacja zawierająca efekty naszej wielomiesięcznej pracy. Są to oczywiście komiksy, w których przeplatają się herstorie nasze z herstoriami kobiet z przeszłości. Publikacja ta miała swoją premierę 23.06.2012 w lokalu UFY, na warszawskich Nowolipkach. Finał rozpoczął się piknikowym spotkaniem, ogladaniem wystawy oraz zachwytami nad publikacją. Następnie odbyła się dyskusja "Dlaczego warto zajmować się historią kobiet?", w której m.in. wzięła udział Sylwia Chutnik – przewodniczka miejska, autorka książek "Kieszonkowy Atlas Kobiet". To na pewno nie koniec naszej wspólnej pracy i spotkań, Kobiety z Muranowa na pewno będą się dalej spotykać, i można do nich dołączyć, do czego zapraszamy!


WŁOCŁAWEK
Historia Włocławka nierozerwalnie połączona jest z losami członków gminy ewangelickiej. Jednak dla współczesnej młodzieży są to tylko postaci znane z nazw ulic. Dzięki zapałowi młodszych i starszych pasjonatów genealogii, dzieje włocławskich ewangelików zostały odkryte na nowo. Grupa młodzieży ze szkół ponadpodstawowych i seniorów, poszukiwała informacji o osobach upamiętnionych tablicami trumiennymi, które znaleziono podczas remontu kościoła. Z zebranej dokumentacji stworzona została wystawa w kościelnym lapidarium. Powstała także mapa cmentarzy ewangelickich na terenie powiatu oraz wydany w 100 egzemplarzach przewodnik po miejscach związanych z ewangelickimi przemysłowcami. Na koniec uczestnicy zabrali mieszkańców na wspólny spacer po wyznaczonej w przewodniku trasie.

ŚPIEW ŁĄCZY POKOLENIA


W 2014 roku Europejskimi Stolicami Kultury będą Umea w Szwecji i Ryga na Łotwie. Szwedzka Umea ma od lat prężnie działające programy wspierające i aktywizujące osoby starsze. Dlatego jednym z mocnym punktów ich kulturalnego programu na 2014 rok uczynili Międzynarodowy Festiwal Chóralny, na którym będzie mógł zaprezentować się ich lokalny Międzypokoleniowy Chór. 

Lokalne władze już od 2000 roku prowadzą oddzielny departament w urzędzie miasta zajmujący się  potrzebami osób starszych. Ze strony miasta możemy wyczytać, że kryje się za tym przekonanie, że aktywność kulturalna i fizyczna ma bezpośredni wpływ na jakość życia i lepsze samopoczucie zarówno mentalne jak i zdrowotne. Już ponad 30 tysięcy programów kulturalnych zostało zorganizowanych przez sieć organizacji wspieranych ze środków miejskiego programu. Są wśród nich: program wymiany między młodszymi a starszymi pokoleniami – młodzi czytają starszym gazety na głos, starsi uczą ich robienia na drutach i innych manualnych umiejętności, zajęcia z tańca współczesnego dla seniorów, prowadzone przez młodych studentów choreografii i tańca z Uniwersytetu w Umea, turnieje gier dla seniorów, coroczne pikniki w parku, czy „odwiedziny z reniferem” w domach opieki dla seniorów, podczas których starsze osoby mogą przytulić młode renifery, co ma działanie terapeutyczne. Jednym z flagowych projektów miasta jest Międzypokoleniowy Chór. 

Założyciele Międzypokoleniowego Chóru twierdzą, że we współczesnej rzeczywistości co chwilę natykamy się na segregację wiekową. Dlatego postanowili założyć chór, który opiera się na współpracy między pokoleniami. Chór składa się ze śpiewających seniorów, wspieranych przez nauczycieli i uczniów szkoły muzycznej z Umea. Chór w swoim repertuarze posiada wyłącznie utwory rockowe i liczy sobie aż 232 członków, z których ponad 80 uczestniczy w każdej próbie. Do chóru może dołączyć każdy – nie ma przesłuchań – pod warunkiem, że lubi rock 'n' rolla i dobrą zabawę. Dobrą zabawę chór gwarantuje nie tylko swoim uczestnikom ale także widowni, która przyjdzie zobaczyć ich występ. Ich występy tryskają energią i poczuciem humoru.



W Polsce też działa coraz więcej międzypokoleniowych chórów amatorskich. W naszym programie „Seniorzy w akcji” też mieliśmy projekt oparty na stworzeniu takiego chóru. W 2. edycji konkursu, w Toruniu, pani Ela Kobyłecka w toruńskiej dzielnicy Wrzosy stworzyła chór złożony z 40 osób w różnym wieku (http://www.seniorzywakcji.pl/index.php?a=201). Śpiew okazuje się świetną płaszczyzną do nawiązywania dialogu międzypokoleniowego. Wspólne pasje łączą. 

CO SIĘ DZIAŁO W 4. EDYCJI "SENIORÓW W AKCJI"? vol. 1

Dobiega końca 4. edycja "Seniorów w akcji". Większość projektów już się zakończyła. Prezentujemy relacje z finałowych spotkań z: Barlinka, Bytowa, Kalisza, Krupskiego Młyna, Pęgowa, Warszawy i Włocławka. Animatorom tych projektów i wszystkich pozostałych zrealizowanych w 4. edycji programu, serdecznie gratulujemy!

BARLINEK
Każde miasto ma swoje tajemnicze zakamarki, nie zawsze przyjazne. Można ich unikać, ale można też… oswoić. W Barlinku narzędziem do osiągnięcia tego celu stała się sztuka uliczna. W jej tworzeniu udział wzięli seniorzy z zespołów śpiewaczych Barliniacy i Retro oraz młodzież z Teatru Wiatrak. Pomogła im w tym artystka Romana Kaszczyc, niezmordowana tropicielka legend oraz Andrzej Rudnicki, pasjonat historii. Uczestnicy szukali ciekawych opowieści, które złożyły się na scenariusz wielkiego ulicznego happeningu. Sami przygotowali też scenografię. Punktem kulminacyjnym akcji był wspólny spacer po Barlinku połączony z odgrywaniem kolejnych scen przedstawienia w wybranych lokalizacjach. Młodość i dojrzałość połączyły się tu w niezwykły sposób. 


BYTÓW
Marta Dzikowska-Łuczywo: No i nadszedł koniec naszych spotkań z kulturami z różnych stron świata. W sali bibliotecznej na Zamku Bytowskim 11 czerwca  uroczyście zakończyliśmy warsztaty odsłaniając powstały podczas nich bajecznie kolorowy patchwork. Wszyscy zasiedli  przy stole, aby jeszcze raz oddać się przyjemności smakowania egzotycznych potraw; arabskiego humusu, meksykańskiego quacamole, indyjskiego curry, polskiego chleba -upieczonego przez Ewę  oraz amerykańskiego bananowego placka upieczonego przez  Stenię. Na pamiątkę wszyscy dostali albumy ze zdjęciami swoich  dzieł oraz ich samych podczas procesu tworzenia. Rozstaliśmy się mając nadzieję spotkania się jesienią  na nowych warsztatach. Wszystkim bardzo dziękuję za miłe spotkania!


KALISZ
W niedzielne popołudnie 27 maja br. w siedzibie-galerii Stowarzyszenia Żywa odbyła się wystawa, kończąca projekt Równe babki 2. Na sznureczku, przypięte klamerkami, fruwały bohaterki wystawy - makatki - malowane, wyszywane, małe i większe, z hasełkami żartobliwymi i poważnymi. Hasła niektórych makatek wywoływały gorące dyskusje i komentarze. Filmy i zdjęcia z warsztatów wyświetlane były z projektora. W ramach ze starych okien, oryginalnie prezentowały się zdjęcia z warsztatów.

środa, 30 maja 2012

OSWOIĆ INNEGO



O Archipelagu Pokoleń - nowym kursie interdyscyplinarnym dla osób 50 + Towarzystwa Inicjatyw Twórczych ę i Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, z prof. UW Wojciechem Pawlikiem rozmawia Łukasz Czapski.

Łukasz Czapski: Skąd pomysł na taki kurs dla osób starszych jak „Archipelag Pokoleń”?

Wojciech Pawlik: Od wielu lat rozwija się wokół nas idea Uniwersytetów Trzeciego Wieku. Jest ich bardzo wiele. Ze swoich osobistych, rodzinnych, towarzyskich obserwacji zauważam na co dzień, że dynamika przemian kulturowych we współczesnym świecie sprawia, że światy naszych rodziców czy dziadków są nieinteresujące albo niezrozumiałe dla pokolenia ludzi młodych. I na odwrót, przemiany kulturowe i doświadczenia młodszego pokolenia są niezrozumiałe dla starszych, często nawet na poziomie językowym. Ja sam łapię się czasem w autobusie czy tramwaju, że nie zawsze rozumiem o czym rozmawiają młodzi ludzie. Oczywiście domyślam się o czym, ale wiele jest słów niekoniecznie dla mnie zrozumiałych.

Jak to jest z tymi językami starszych i młodszych?

W. P.: Mam w rodzinie kilka mocno starszych już osób i podczas przyjęć rodzinnych bardzo często siedzę obok nich z notesem i zadaję pytania, bo wiele określeń jest dla mnie niezrozumiałych. Ktoś tam mówi na przykład: „A pamiętasz, jak chodziłam w fildekosach?”, to ja od razu pytam: „Przepraszam, a co to są fildekosy?”, „No jak to? Nie wiesz? To przecież jest taka cieniutka, bawełniana przędza, z której robiło się pończochy.” No i potem dowiaduję się, że przed wojną panienki chodziły do gimnazjum w fildekosach właśnie, bo w pończochach jedwabnych mogły chodzić tylko damy albo kobiety lekkich obyczajów. Potem z drugiego końca stołu słyszę: „Oj, nie dołożę sobie już ciasteczka, bo będę miała dużą sempiternę”, „A przepraszam, co to jest sempiterna?”, no i zaczyna się opowieść o sempiternie, czyli przysłowiowym „pójdzie mi w biodra”. Na poziomie językowym takich sytuacji jest więcej.

Czy zawsze trzeba się dopytywać o znaczenia poszczególnych słów?

W. P.: Sytuacja jest łatwiejsza, gdy posiada się dzieci. Ja mam dodatkowo kontakt ze studentami, więc jestem dwujęzyczny i nie mam problemu z komunikowaniem się z młodszymi. Ale pewne słowa stają się dla nas tak oczywiste, że nie przychodzi nam do głowy, że mogą być nieoczywiste dla osób starszych. Na przykład na poziomie reklamy, i to często w oficjalnych mediach. Kiedyś w wakacje w jednym z dzienników widziałem reklamę: „Wyprzedaż dżinsów. Zajebiste!”. Dla osób, które odebrały tzw. dobre wychowanie, użycie, zwłaszcza publiczne, takich słów jest to nie do pomyślenia, ale dla wielu młodych ludzi to słowo jest normalne, nie budzi oporów i zdziwienia. Kiedyś mój syn wytłumaczył mi znaczenie słowa lamus, które dla mojego pokolenia też jest oczywiste – ale w innym znaczeniu. Dowiedziałem się od niego, że lamus nie oznacza już składzika rzeczy niepotrzebnych i nieużywanych, w języku młodzieżowym lamus to oferma, nieudacznik. W żadnym słowniku języka polskiego takiego znaczenia tego słowa nie znalazłem. Potem napisałem scenariusz filmowy pt. „Lamus” właśnie. Poszedłem na spotkanie z producentami, którzy najpierw mnie zapytali, czy scenariusz dzieje się w antykwariacie albo gdzieś na jakimś stryszku. Byli w moim wieku i pomyśleli to samo co ja, zanim dzięki synowi nie poznałem innego znaczenia tego słowa. To pokazuje dobrze, że to co jest oczywiste w jednym świecie pokoleniowym, nie jest wcale oczywiste w drugim.

Czy te światy mogą się spotkać?

W. P.: Tak. Stąd właśnie wziął się pomysł na stworzenie tego specyficznego uniwersytetu trzeciego wieku jakim będzie Archipelag Pokoleń. Żeby uczyć się wzajemnie swoich słów, kodów kulturowych i nowych zjawisk społecznych. Bardzo często one nie są wcale aż tak bardzo różne. One siężnią na poziomie nazywania, czyli takiego powierzchniowego, etnograficznego stafażu. Kiedyś się mówiło, że się idzie na bibkę, później, że na prywatkę, a teraz się chodzi na domówkę. Mówimy o tym samym, czasem trzeba to sobie przetłumaczyć i powiedzieć na przykład babci, że domówka to to samo co kiedyś bibka.
My mamy bardzo wielu młodych wykładowców w naszym Instytucie, którzy badają właśnie nowe zjawiska zachodzące w kulturze, czyli w sferze kultury cyfrowej, w internecie, na stadionach, w klubach, etc. Mają ten przywilej wieku, że często mogą się wtapiać w te środowiska, uczyć się ich języka – są jednymi z nich. Nie ma tego dystansu, który jest pomiędzy starszym badaczem a młodym środowiskiem badanym. Pomyśleliśmy sobie, że Archipelag Pokoleń w naszym Instytucie nie tyle byłby ofertą uczenia jakiejś wyspecjalizowanej wiedzy czy konkretnych umiejętności (takich, jak na przykład obsługa komputera), tylko, że spróbujemy nauczyć uczestników rozumieć ten nowoczesny świat.

Czyli jaki świat?

W. P.: To nie jest tak, jak czasem myślą ludzie w wieku emerytalnym, że ich świat społeczny, ich cywilizacja się kończy. A tym bardziej, że świat „lepszy” wypierany jest przez świat cywilizacyjnie „gorszy”. Wiele rzeczy, które dzieją się aktualnie, jest – choć nie zawsze to dostrzegamy - kontynuacją czegoś, co osobom starszym jest bliskie. To jest cały czas przecież ten sam świat, tylko że pojawiły się w nim nowe formy, nowe zjawiska, stwarzające mylne wrażenie, że to co dawne, to już nieodwołalnie nicość. Mamy nadzieję, że po kursie uczestnicy lepiej będą rozumieli ten nowy, nowoczesny i ponowoczesny świat pokolenia dzieci i wnuków, ale też, że dzięki temu będą lepiej funkcjonowali w życiu prywatnym – będą mogli lepiej międzypokoleniowo się komunikować, i jednocześnie mniej oceniać. Na przykład, w ten sposób ktoś starszy może lepiej zrozumieć zjawiska zachodzące na stadionach i kibiców, których wszystkich do tej pory traktował jako jednolitą grupę wandali. Dla socjologa zachowania i kultura kibiców, a nawet pseudokibiców, są normalnym zjawiskiem socjologicznym, które zamiast „na dzień dobry” potępiać, należy najpierw starać się poznać i zrozumieć. Warto zapytać o to, gdzie ci młodzi ludzie mogą dziś zaspokoić uniwersalną i ważną dla każdego człowieka i w każdym pokoleniu potrzebę wspólnoty, poczucia tożsamości, zbiorowej dumy i przynależności. Jeśli ktoś starszy to zrozumie, to od razu przypomni sobie, że on te same potrzeby zaspokajał w harcerstwie, które kiedyś było organizacja masową, należał do swojej drużynę, miał swoje barwy, przyśpiewki, zawołania, totemy, robił podchody i wykradł innym chusty i flagi na obozach harcerskich. Zrozumieć, to oczywiście nie znaczy usprawiedliwiać, zwłaszcza jeśli mówimy o patologii, rozwydrzonych chuliganach stadionowych itd., ale sprowadzając bogactwo zjawiska kibicowania do zwykłego bandytyzmu utrudniamy sobie możliwość zobaczenia w kibicach siebie z czasów młodości – choć w innym, bardzie poprawnym normatywnie i obyczajowo kontekście. Mam nadzieję, że na zajęciach Archipelagu dojdzie do kulturowego spotkania dwóch pokoleń, które niekoniecznie są od siebie aż tak bardzo różne jak im samym może się wydawać.

Czym według pana, według stosowanych nauk społecznych, jest lub może być dialog między pokoleniami?

W. P.: W antropologii kulturowej używamy pojęcia Innego. Niegdyś tym Innym, tym dzikim byli Triobriandczycy czy Pigmeje, a dzisiaj tym Innym są ludzie żyjący w innych niszach kulturowych niż my. Dla człowieka, który wychował się w rodzinie inteligenckiej w Warszawie tym Innym może być na przykład ktoś, kto żyje we wsi popegeerowskiej. Kiedyś mój znajomy ze zdziwieniem stwierdził, że nie zna nikogo, kto nie ma wyższego wykształcenia. Dla takich osób taki kibic czy bezrobotny to są właśnie Inni, których się obawiają, bo to są przybysze z innej planety. Dla profesora uniwersyteckiego człowiekiem kulturowo mu bliskim, z którym doskonale się rozumie, bardziej może być inny akademik z Berlina czy Londynu, niż przysłowiowy bezrobotny spod Mławy. Bliskość lub dystans kulturowy nie muszą być budowane wedle kryterium przynależności narodowej, czasami lepiej rozumiemy się z kolegami mieszkającymi w innych krajach, ale należącymi do podobnej grupy zawodowej czy też podobnie ulokowanych w strukturze klasowo-warstwowej, niż z osobami żyjącymi tu, w tym samym kraju. Tę kategorię Inności można dziś przyłożyć także do młodych i starszych. Te różne pokoleniowe światy się rozjechały, bo przeżyliśmy w ostatnich kilkudziesięciu latach trzy ogromne rewolucje kulturowe. Jedna to była wojna. Potem upadek komunizmu. To już był wystarczający szok dla polskiego społeczeństwa. Minęło kilka lat, weszliśmy do Unii Europejskiej. Nastąpił jeszcze większy szok kulturowy. I te wszystkie doświadczenia, cała ta wiedza są tak mocno osadzone w doświadczeniu biograficznym, że stają się wręcz nieprzekazywalne, zwłaszcza młodym ludziom, urodzonym w rzeczywistości posttransformacyjnej.

Co możemy z tym zrobić?

W. P.: Wartością jest spotkanie z tym Innym. Wtedy prawie zawsze widzimy, że ten Inny nie jest wcale aż tak bardzo od nas odmienny, po prostu pewne rzeczy robi inaczej, ale to ciągle są te same potrzeby, pragnienia i motywacje. Mam nadzieje, że na naszym kursie starsi będą się uczyć od naszych młodych wykładowców tego, że ten nasz świat aż tak bardzo się nie zmienia, a starsi też podzielą się swoją wiedzą i pomysłami z młodszymi udowadniając, jak szkodliwy jest stereotyp, że trzeci wiek to czas przechodzenia na tak zwaną kulturową zwałkę.

Co według Pana może być ciekawego dla starszych osób w stosowanych naukach społecznych?

W. P.: Z mojego punktu widzenia to, co byłoby najbardziej ciekawe, to doprowadzenie do zmiany postrzegania kategorii Innego i doprowadzenie do postrzegania go jako Normalnego. To jest największa wartość budowania społecznej wspólnoty – sprawienie, by świat był zróżnicowany i jednocześnie, by pomimo tej różnorodności, był uniwersalny. Są oczywiście ludzie starsi, którzy zamykają się w domach, słuchają, powiedzmy Radia Maryja, chodzą do kościoła, potem cmentarz, i znowu do domu. To jest ich wybór – dobrowolnie dokonują swoistego samowykluczenia społecznego, zamknięcia w swoim kulturowym getcie. Przemiany zachodzące w świecie ich nie interesują lub traktują je jednoznacznie jako zagrożenie. Świat ich młodości i wieku dojrzałego, taki, jakim go pamiętają, jednak już nie istnieje, bo nasz spójny kanon kulturowy w ostatnich latach pękł. Nie dość, że w ogóle coraz mniej czytamy, to coraz mniej czytamy tych samych książek, coraz mniej oglądamy tych samych filmów, coraz mniej jest wspólnie dyskutowanych wydarzeń kulturalnych, więc trudno jest nam wspólnie to przeżywać. Świat jest obecnie wielowymiarowy, wielokulturowy, ale nadal te różnice nie są na tyle duże, żebyśmy przestali być archipelagiem. Każdy pokolenie jest osobną wyspą, ale te wyspy leżą blisko siebie, tworząc archipelag pokoleń właśnie.

Społeczeństwo się starzeje, ale wciąż mamy problem z dotarciem i zaktywizowaniem osób starszych. Jak Pan myśli, z czego to wynika? Z małej oferty?

W. P.: Myślę, że wiele osób starszych dziedziczy wzór seniora-emeryta, który jeździ na działkę, zajmuje się wnukami i wspomina to, co było. Wyraża się to wszystko w określeniu „za moich czasów...”. Według mnie nie ma czegoś takiego jak „za moich czasów...”, bo bez względu na to, ile mam lat, nadal żyję swoim życiem, czyli „moje czasy” są cały czas. To przesunięcie w stronę aktywności w fazie życia trzeciego wieku jest już zaawansowane w krajach Zachodu, ale powoli i systematycznie zachodzi także w naszym społeczeństwie. Widać to na przykład w mediach, które robią coraz więcej, żeby zmienić wizerunek starości. Samo słowo starość zmienia zresztą na naszych oczach swój dawny sens, zawężane jest do ludzi mocno już wiekowych i schorowanych. Oferta naszego kursu nie jest adresowana stricte dla emerytów i ludzi „starych”. Zapraszamy ludzi, którzy mentalnie – choć niekoniecznie metrykalnie - czują się w średnim wieku, są nadal aktywni i ciekawi świata, i chcą atrakcyjnie spędzić czas, żeby się rozwijać. Bo człowiek, jako prawdopodobnie jedyna istota gatunkowa, ma ewolucyjnie nabytą zdolność rozwijania się i uczenia do końca życia.

Jakie jest Pana marzenie w związku z Archipelagiem Pokoleń?

W. P.: Moim marzeniem jest, żeby nastąpiła obopólna korzyść. Jestem pewien, że osobami, które bardziej z tych wykładów i warsztatów skorzystają, będą nasi słuchacze. Ale moim cichym pragnieniem jest to, żeby również wykładowcy na tej wymianie skorzystali, bo problem kulturowej gettyzacji nie dotyczy tylko ludzi starszych, ale też ludzi młodszych. To jest trochę tak jak z przejmowaniem obowiązków rodzicielskich przez mężczyzn, przez ojców. Współcześnie rodzicielstwo stało się doświadczeniem obojga rodziców, a nie tylko doświadczeniem kobiety. Najpierw uważaliśmy, że kobiety są zamknięte w getcie obowiązków macierzyńskich i domowych, a mężczyźni są uprzywilejowani, bo dzięki takiemu podziałowi obowiązków mają więcej czasu, by móc realizować się zawodowo. Jest w tym sporo racji. Dzisiaj jednak uświadamiamy sobie także, że mężczyźni przez te wszystkie lata też na tym podziale ról rodzinnych sporo stracili. Byli odseparowani od doświadczenia tych wszystkich emocji i satysfakcji, które wiążą się z aktywnym rodzicielstwem i intensywnym, bliskim kontaktem z dzieckiem. Mnie się wydaje, że to odseparowanie świata ludzi starszych i młodszych polega na czymś podobnym; nie tylko osoby starsze na tym tracą, ale tracą coś ważnego także ludzi młodsi. Więc jeśliby wykładowcy i słuchacze Archipelagu Pokoleń w czasie warsztatów i zajęć nawzajem sobie coś ze swoich pokoleniowych doświadczeń przekazali i na tym skorzystali, to cel tej inicjatywy edukacyjnej zrealizowany byłby z nawiązką.



Wojciech Pawlik – socjolog, dyrektor Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik Katedry Socjologii Moralności i Aksjologii Ogólnej. Zajmuje się szeroko rozumianą problematyką wartości i religijności społeczeństwa polskiego. Autor wielu publikacji i ekspertyz dotyczących przemian aksjologicznych i obyczajowych we współczesnej kulturze, m. in. książki „Prawo. Moralność. Gospodarka alternatywna” (1988), „Grzech. Studium z socjologii moralności” (2007), współredaktor książek: „Bóg. Szatan. Grzech. Studia socjologiczne” (1990, 1992) t. 1-2, „A miało być tak pięknie… Polska scena publiczna lat dziewięćdziesiątych” ((1994), „Szkoła czy parafia? Nauka religii w świetle badań socjologicznych” (1995), „Emocja a kultura i życie społeczne” (2009), „Style życia, wartości, obyczaje. Stare tematy-nowe spojrzenia” (2012).