środa, 27 listopada 2013

MĘŻCZYŹNI NA UNIWERSYTETACH TRZECIEGO WIEKU



Fragment raportu z badania „ZOOM na UTW” przeprowadzonego przez Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”  w 2012 roku dzięki dofinansowaniu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – więcej informacji www.zoomnautw.pl 
Uniwersytety trzeciego wieku są zdecydowanie domeną kobiet. W przeciętnym UTW odsetek mężczyzn wśród słuchaczy wynosi 15%. Można szacować, że na UTW w Polsce w roku akademickim 2011/2012 na zajęcia i wykłady uczęszczało około 74 tys. kobiet i 14 tys. mężczyzn. Taka sytuacja może uruchomić mechanizm błędnego koła: feminizacja starości i większa aktywność seniorek zaczną wykluczać mężczyzn. Zajęcia, tematy spotkań, zapraszani goście dobierani są głównie pod kątem kobiecych zainteresowań, co w efekcie może doprowadzić do tego, że dla mężczyzn w ogóle nie będzie ciekawej oferty.
Mężczyźni zazwyczaj są członkami rodzin słuchaczek – najczęściej ich mężami. Rzadko zdarza się, że mężczyźni samodzielnie trafiają na UTW. Najczęściej namawiają ich żony i to one ich na uniwersytety wprowadzają. Często ich przygoda z UTW zaczyna się od wycieczek i wyjazdów, w których biorą udział jako osoby towarzyszące. Potem stopniowo zaczynają angażować się coraz bardziej. Słuchaczki mówią, że mężczyźni są mniej energiczni, stoją w cieniu i boją się „być pierwsi”. Mniejsza aktywność mężczyzn na UTW może mieć kilka przyczyn.
o   Mężczyźni żyją krócej niż kobiety. W 2011 przeciętna długość życia wynosiła 72,4 dla mężczyzn i 80,9 lat dla kobiet[1]. Poza tym mężczyźni pracują dłużej niż kobiety (średnio o dwa lata).
o   Kobiety dłużej cieszą się zdrowiem niż mężczyźni. Świadczy o tym wskaźnik długości trwania życia w zdrowiu[2], zgodnie z którym osoby w wieku 65 lat mogą oczekiwać, że ponad połowę dalszego życia przeżyją w zdrowiu (dla kobiet ten wskaźnik jest o prawie dwa lata wyższy niż dla mężczyzn[3]).
o   Mężczyźni generalnie są mniej aktywni społecznie niż kobiety, a na starość te różnice dodatkowo się zwiększają. Mężczyźni w wieku 60–80 lat rzadziej niż kobiety spotykają się ze znajomymi i rodziną (35% i 53% wskazań na pytanie o sposób spędzania wolnego czasu), czytają książki (13% i 32%), chodzą do kina/teatru/muzeum (3% i 5%). Częściej natomiast spędzają swój wolny czas na działce (39% i 34%) i poświęcają się swojemu hobby (22% i 15%)[4].
o   Wśród słuchaczy UTW jest wielu emerytowanych nauczycieli, a jak wiadomo środowisko nauczycielskie jest bardzo mocno sfeminizowane. Uniwersytety trzeciego wieku stają się tym samym niejako naturalnym przedłużeniem branżowej działalności pedagogów.
o   Niektórzy mężczyźni źle się czują na uniwersytecie. Uważają, że są bardziej niezależni, nie chcą być ograniczani. Dlatego wolą inne instytucje, w których czas jest mniej zorganizowany i których działalność opiera się często głównie na spotkaniach towarzyskich. Mężczyźni są niezależni, nie lubią się podporządkowywać, uważają, że ich to krępuje.
o   Według badanych kobiety są bardziej przebojowe, otwarte, prospołeczne, łatwiej im współpracować w większym gronie. Kobiety są bardziej otwarte na inicjatywy takie jak UTW. Mężczyznom ta formuła nie współgra z męskim ego. Jeden z badanych takimi słowami opisał niechętny stosunek mężczyzn do UTW: Będzie mu tam jakaś baba robiła wykład na temat tego, jak się ładnie starzeć. Jak on wie, że on się ładnie starzeje. Wielu mężczyzn to samotnicy, myślą, że sami sobie dadzą radę.
o   Problemem jest także – wspominany wcześniej – brak oferty skierowanej do mężczyzn. Mężczyźni mają sporo innych zajęć, których nie mają kobiety, np. polują, jeżdżą na ryby, hodują gołębie, pszczoły, majsterkują. Mają też inne zainteresowania, na które na sfeminizowanych UTW na razie nie ma jeszcze zbyt wiele miejsca, np. numizmatyka, heraldyka, filatelistyka.
o   Niektórzy mężczyźni szukają odskoczni od życia rodzinnego, dlatego wolą spotykać się w swoim gronie poza UTW. Są takie pary – mówi jeden z badanych – że jak żona gdzieś pójdzie, to on siedzi sam w domu, szczęśliwy, że ma spokój.
o   Mężczyzn trudniej jest też wyciągnąć z domu, a zwłaszcza w towarzystwie żony. Jeden z badanych powiedział, że: senior pójdzie gdzieś z kolegą, a z żoną już nie. Być może wiąże się to z negatywnym stereotypem pantoflarza – niegodnym „prawdziwego mężczyzny”.
o   W trakcie rozmów pojawiała się również opinia, że mężczyźni potrzebują miękkiego przejścia od życia zawodowego do braku aktywności zawodowej. Inwestowanie w swój rozwój w czasie trwania kariery zawodowej sprawia, że na emeryturze nie potrzebują już więcej się uczyć, zdobywać umiejętności, tylko chcą się nimi dzielić z innymi, chcą czuć się potrzebni i być za coś odpowiedzialni. Od UTW wolą więc banki czasu i wolontariat kompetencyjny, gdzie mogą wykorzystać zdobyte już umiejętności.

Mężczyźni na UTW. Dlaczego jest ich tak mało i jak ich przyciągnąć?
Marta Rawłuszko, Towarzystwo Edukacji Antydyskryminacyjnej 

Niewielka liczba mężczyzn wśród studentów UTW to wyzwanie dotyczące nie tylko Polski. Przyczyny tego zjawiska są różnorodne. Niektóre z nich wymienia raport „Zoom na UTW”. Po pierwsze, statystyki dotyczące długości życia oraz stanu zdrowia przemawiają na niekorzyść mężczyzn. Krótsze życie i słabsza forma fizyczna w wieku emerytalnym to jeden z głównych powodów rzadszego uczestnictwa mężczyzn w różnych formach aktywności. Po drugie, ważne są wcześniejsze doświadczenia związane z edukacją i działalnością społeczną. Widoczne są znaczące różnice w aktywności obydwu płci w wieku przedemerytalnym, a to rzutuje także na sposób spędzania wolnego czasu na emeryturze. Przez większą część dorosłego życia mężczyźni skupieni są przede wszystkim na pracy zawodowej – w nią inwestują najwięcej czasu i energii. Rzadziej niż kobiety korzystają z kształcenia ustawicznego, rzadziej angażują się w działalność społeczną niezwiązaną pełnieniem oficjalnych funkcji czy członkostwem w konkretnych organizacjach. Efekt? Mężczyznom może brakować doświadczeń współdziałania poza kontekstem zawodowym. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku kobiet, których obecność na rynku pracy przerywana była (i nadal jest) okresami opieki nad dziećmi. Podwójne obciążenie: pracą zawodową i nieodpłatną pracą w domu, częstsze zaangażowanie w wolontariat oraz szersza sieć kontaktów w społeczności lokalnej (wynikająca m.in. ze sprawowania opieki nad najbliższymi) w dwojaki sposób sprzyja późniejszej aktywności. O ile dla mężczyzn emerytura jest czasem wytchnienia i odpoczynku od pracy (najczęściej w formie „świętego spokoju”), o tyle kobietom daje szansę robienia rzeczy, na które wcześniej zabrakło im czasu. To moment „zajęcia się wreszcie sobą”. Sprzyjają temu też wcześniejsze doświadczenia i zdobyte umiejętności – współpracy z innymi, działania w zespole, komunikacji. Badania wolontariatu ukazują dodatkowo, że kobiety częściej niż mężczyźni wskazują na „możliwość bycia między ludźmi, nawiązanie kontaktów, pożytecznego wykorzystania czasu” jako motywację do angażowania się w nieodpłatną pracę na rzecz innych. Sam więc pomysł „wyjścia z domu” na emeryturze ma zdecydowanie większe szanse na zrozumienie wśród seniorek niż seniorów. W tym sensie formuła UTW jako taka staje się bliższa kobietom. W konsekwencji stanowią one większość słuchaczy aktywnie współtworzących społeczności UTW i ich ofertę. Ta ostatnia może być zaś dodatkową barierą dla mężczyzn, którzy pod wpływem pokutujących w społeczeństwie przekonań na temat kobiet, mogą uznawać zajęcia „dla pań” za „niemęskie”, a więc gorsze, mało poważne i błahe. 

Co możemy z tym zrobić? Strategicznie najważniejsze, ale jednocześnie przynoszące efekty oddalone w czasie, są działania kierowane do mężczyzn, zanim przejdą na emeryturę: zachęcanie do wolontariatu (w tym wolontariatu pracowniczego), do angażowania się w aktywność związaną z najbliższym otoczeniem (w tym m.in. z własnymi dziećmi), do kształcenia przez całe życie i rozwijania pozazawodowych pasji w kontakcie z innymi ludźmi. Dodatkowo, kluczowe jest przełamywanie stereotypów na temat tego, co definiujemy jako zajęcia „męskie” i „kobiece”, i jak je oceniamy. I mimo iż z perspektywy większego zróżnicowania grupy studentów UTW jest to prawdziwie długofalowe spojrzenie, należy podkreślić, że działania na rzecz niestereotypowego myślenia o kobietach i mężczyznach powinny zaczynać się najpóźniej w przedszkolu. 

Inne pomysły na przyciągnięcie do UTW seniorów opierają się na zmianie formuły zajęć oraz ich tematyki. Badania nad aktywnością seniorów (prowadzone m.in. w Wielkiej Brytanii i Australii) wskazują, że mężczyźni chętniej angażują się w działania nastawione na konkretny i praktyczny rezultat, a więc np. w drobne prace budowlane, ogrodnicze czy remontowe, związane z potrzebami najbliższej społeczności czy sąsiedztwa. Większe zainteresowanie wzbudzają propozycje uczenia się przez działanie, zakładające wykonywanie konkretnych zadań. Mniej atrakcyjne są wykłady i prelekcje, z którymi niestety może kojarzyć się słowo „uniwersytet”. Mężczyźni cenią sobie również aktywność w towarzystwie innych mężczyzn, niekoniecznie w tym samym wieku. Dobrą praktyką z Australii, z powodzeniem realizowaną również w Wielkiej Brytanii, są tzw. shed projects (projekty „składziki”). Inicjatywa ta polega na stworzeniu przestrzeni, w której mogą spotykać się starsi mężczyźni. Chodzi o miejsce i czas przeznaczony wyłączenie dla nich, w których oni sami decydują o tym, czym i w jaki sposób się zajmują. W miejscu spotkań dostępne jest wyposażenie potrzebne do zajęć związanych ze stolarstwem, nauką korzystania z komputera, grą w karty czy szachy lub po prostu czytaniem gazet. Możliwe, że takie poszerzenie oferty byłoby rozwiązaniem dla polskich UTW. Należy wtedy pomyśleć o odpowiednim zakomunikowaniu tej propozycji, aby dotrzeć z nią do jak największej liczby seniorów. Przydatne przy współtworzeniu, ale też promowaniu projektów skierowanych tylko do mężczyzn mogą być organizacje pozarządowe, w których najczęściej można ich spotkać – organizacje turystyczne, sportowe czy jednostki ochotniczej straży pożarnej. 

Planując strategię UTW w Polsce, na pewno warto zwrócić uwagę na większy udział seniorów w zajęciach. Chcę tutaj jednak podkreślić, że to zadanie przede wszystkim dla mężczyzn już studiujących na UTW – będą bardziej skuteczni w realizacji takiego celu. Błędem byłoby zaś nakłanianie kobiet do tego, aby w momencie, w którym mogą wreszcie zadbać o siebie i swoje potrzeby, znów zajęły się dbaniem o innych. Dlatego oferta UTW skierowana tylko do mężczyzn nie powinna wypierać równie cennych działań skierowanych do obu płci lub tylko do seniorek.


[1] Za: GUS (2012), Trwanie życia w 2011 r.
[2] Sposób obliczania wskaźnika długości trwania życia w zdrowiu (Healthy Life Years – HLY lub Disability Free Life Expectancy – DFLE): cały okres życia dzieli się na przeżyty w zdrowiu oraz przy jego braku. Jako brak zdrowia przyjmuje się zazwyczaj ograniczoną sprawność, występowanie określonych chorób przewlekłych, złą samoocenę stanu zdrowia
[3] Za: Wojtyniak, Goryński (2008), Sytuacja zdrowotna ludności Polski, http://www.prawapacjenta.eu/var/media/File/streszczenie_raportu_pzh_dla_portalu.pdf (dostęp 30.11.2012).
[4] Za: TNS OBOP dla Point of View 2007

NASZA BOŚNIA, NASZA HISTORIA

W Osieczowie i Tomisławiu pod Bolesławcem wciąż żyją Polacy, którzy urodzili się w Bośni i mówią po serbsko-chorwacku. Marek Sadowski i Mateusz Cuber zebrali ich wspomnienia. W następstwie ich projektu w tych wsiach zaczęło działać Koła Chłopa.

Z Markiem Sadowskim rozmawia Agnieszka Wójcińska
- Łącząc siły dwóch wsi Osieczowa i pobliskiego Tomisławia zrealizowaliście przy wsparciu Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę” projekt „Moja wieś, moja tożsamość”. Skąd wziął się pomysł?
- Wszystko zaczęło się od mojej teściowej, Bronisławy z domu Pławiak, która ma w tej chwili 85 lat. Od 1946 roku mieszka w Polsce, ale urodziła się w Bośni. Jest Polką.
- Już to brzmi ciekawie.
- Jej dziadek, Józef Pławiak w 1898 roku wyemigrował z Ukrainy do Bośni. W Galicji wtedy ciężko się było utrzymać, szczególnie jeśli miało się większą rodzinę i mało ziemi, bieda panowała straszliwa. Część ludzi wyjeżdżała na saksy do Stanów Zjednoczonych, ale był taki okres, kiedy Austria wykupiła Bośnię od Turków i nie wiedziała co z nią zrobić. Postanowiła rozdać trochę ziemi narodom, które mają pojęcie o rolnictwie. Bośnia była zaludniona przez Turków i Serbów, którzy w większości nie uprawiali ziemi, a zwierzęta hodowali w lesie. W pierwszym rzucie wyjechało do Bośni ponad 10 tysięcy Polaków. Osiedlili się tam też Niemcy, Czesi, Węgrzy i wiele innych narodowości.
- Prawdziwy tygiel.
- Miejscowości były początkowo mieszane, na przykład polsko-rosyjskie. Ale dochodziło do sporów religijnych, więc z czasem stwierdzono, że trzeba dawać ziemię jednej narodowości. Rodzice mojej teściowej zamieszkali w miejscowości Kunova, wyłącznie polskiej. Moja teściowa do Polski wróciła w wieku 18 lat, sporo pamięta i lubi opowiadać różne historie stamtąd. Stwierdziliśmy, że trzeba coś z tym zrobić. Powstała pierwsza z naszych książek „Bośnia, wątpliwy raj”.
- Dlaczego wątpliwy?
- Polacy mieli naobiecywane, że dostaną tam ziemię, będą zwolnieni z podatku. Prawda była nieco inna. Przybyli po innych narodowościach, które pobrały ziemie bardziej urodzajne, więc zostały im lasy. Musieli je karczować, wybudować sobie domy, a wszystko w ciągu 3 lat, bo potem byli już zobowiązani normalnie płacić podatki. Ci, którym się udało, w kolejnych pokoleniach mieli dobre życie. Rodzina mojej teściowej miała młyn, suszarnię owoców. Ale w 1941 roku Hitler utworzył tam Państwo Chorwackie. Zaczęły się waśnie miedzy Chorwatami i Serbami. Polacy musieli opowiedzieć się po którejś stronie –Chorwatów, katolików, którzy byli za Niemcami albo Serbów, którzy byli prawosławni, więc nie było im do końca po drodze. Skończyło się tak, że wstąpili do partyzantki Tity, która była zwalczana przez jedną i drugą stronę. Po wojnie, mimo że mieli tam dobre warunki materialne, nie bardzo mogli zostać, byli ścigani, zdarzały się samosądy. Wrócili do Polski, na Ziemie Odzyskane. Spisane przez nas na własną rękę, jeszcze przed rozpoczęciem projektu, wspomnienia rozeszły się bardzo szybko po rodzinie. Okazało się, że to był świetny pomysł, młodsze pokolenia w ogóle nie znały tej historii.
- Skąd to zainteresowanie?
- Każdy chce wrócić do korzeni, zobaczyć, co było wcześniej. Choć Osieczów, gdzie mieszka moja teściowa i Tomisław są zamieszkane przez potomków tych, którzy przybyli z Bośni, ten temat w ogóle nie był poruszany – nie było żadnych imprez, opracowań, kompletnie nic. Gdy powstała pierwsza książka, wpadliśmy na pomysł, żeby w działania wokół powrotu do historii włączyć mieszkańców tych miejscowości. Napisaliśmy wniosek, żeby ich zaktywizować. Proszę sobie wyobrazić, że żyje tam jeszcze ponad 40 osób, które władają językiem serbsko-chorwackim.
- Jak wyglądał projekt, na który złożyliście wniosek?
- Składał się z dwóch części. W jednej gromadzone były wspomnienia i zdjęcia, w drugiej przepisy kulinarne. Stwierdziliśmy, że wspomnienia najlepiej będzie zbierać w oparciu o szkołę, przez dzieci. One mają rodziców, dziadków, są łącznikiem. Na Dzień Babci i Dziadka, zorganizowaliśmy wspólnie z nauczycielami imprezę „Kuferek wspomnień”, gdzie prezentowaliśmy pamiątki, zdjęcia, piosenki i opowieści zebrane przez dzieci. A poza szkołą zdjęcia i wspomnienia zbierała Józefa Wielbińska, emerytowana dyrektorka szkoły.
- A przepisy?
- Kulinariami zajmował się mój partner w projekcie, syn brata bliźniaka mojej żony, Mateusz Cuber, który jest zawodowym kucharzem. Informacje o potrawach zbierali wraz z moją córką Martyną Sadowską. Wydali książeczkę z przepisami na potrawy, które gotowali Polacy w Bośni. Zrobili też warsztaty, gdzie pokazywali, jak te dania przygotowywać.
- To były potrawy przywiezione przez nich z Ukrainy czy bośniackie?
- Mieszane. Adaptowane przez polskie gospodynie do tamtejszych warunków. Tam jest inny klimat, rosną inne warzywa, np. dynie, których na Ukrainie kiedyś nie było, arbuzy, całkiem inna jest kukurydza, owoce są bardziej słodkie. Powstały nowe dania, jak polenta z wykorzystaniem owoców, kaszy jaglanej, kukurydzianej. Sztandarowymi potrawami były pita, peczenica i rakija. Peczenica to świnia pieczona, a rakija, wódka własnej produkcji, która była w Bośni legalna. We wsi każdy robił zacier z owoców, a potem jeździł Serb ze swoim sprzętem i przerabiał ten zacier na rakiję. W zamian brał jedną dziesiątą.
- A pita?
- Cienkie ciasto z mąki, wody i oleju – jak greckie ciasto filo, do którego dodawano to, co było, najczęściej dynię, ale też jabłka, inne owoce i zwijano, a potem pieczono. Były pity na słodko i na słono. Do dziś można je zjeść w Osieczowie i Tomisławiu.
- Jakie były reakcje na wasz projekt?
- Kiedy we wrześniu zeszłego roku zaczynałem z Mateuszem zbierać wspomnienia, wszyscy mówili, że się nie uda. Z czasem ludzie sami zaczęli się zgłaszać, a jeszcze to mam, to mi się przypomniało. Udało się zebrać mnóstwo historii i zdjęć od ludzi urodzonych w Bośni, którzy jeszcze żyją. Od Pani Antoniny Puzio, rocznik 1919, spisaliśmy nawet przebieg prawdziwego wesela polskiego tam, na którym była druhną, z przyśpiewkami, ze wszystkim. Historie, które ci ludzie tam przeżyli, były niesamowite. Proszę sobie wyobrazić, że ojciec jednej z mieszkanek Osieczowa w 1942 roku został zabity przez czetników, kiedy jechał po sól, wówczas bardzo drogą, bo kilogram kosztował wtedy tyle, co krowa. Jej rodzina nie znała tej historii do końca życia, a my wygrzebaliśmy wszystko, nawet dokładną datę jego śmierci z archiwum w Bośni i Hercegowinie. Takich opowieści z życia wziętych zebraliśmy mnóstwo.
- Kiedy pan zauważył jest przełom, ludzie zaczęli w projekt wierzyć?
- Po pierwszej imprezie w grudniu, przed Świętami. Było podsumowanie konkursu zdjęć, które robiły dzieci w okolicy i wystawa zdjęć klasowych ze szkoły w Tomisławiu od 1946 roku. Udało się ich zebrać ponad 400. Było 8 dużych tablic ze zdjęciami ułożonymi dziesiątkami lat i jak ludzie zaczęli oglądać się na tych fotografiach, komentować: „a to mój ojciec w 1950”, to się furtka otworzyła. Zebraliśmy fantastyczne fotografie: ludzie na wozach konnych z lat 50-tych, motorach, pierwsze samochody, ciągniki, ludzie z urządzeniami rolniczymi. W projekcie planowaliśmy tylko wystawę, ale szkoda było zmarnować tyle materiału. Powstała kolejna książka, „Nasza Bośnia” - opowieści mieszkańców Grabacznicy i Rakosztaka wsi w Bośni położonych obok Kunovy, z której wywodzą się mieszkańcy Osieczowa i Tomisławia. Tak jak pierwszą, napisała ją dla nas Janina Zimirska, autorka bajek i opowiadań dla dzieci. Okazało się, że to poczytna sprawa. Zostało nam ponad 300 zdjęć związanych z historią Osieczowa, Tomisławia i Grabacznicy, więc planujemy kolejną pozycję drukarską.
- Projekt zakończył się festynem „Bośniackie klimaty” 8 czerwca tego roku.
- Ponad 40 osób włączyło się w jego organizację, starsi i młodzież, oba sołectwa, radni. A przyszło ponad 2000. Aż byłem zaskoczony. Udało nam się zaprosić ambasador Bośni i Hercegowiny, panią Koviljkę Špirić. To było fantastyczne. Miała możliwość spotkać się ze starszymi ludźmi, którzy mówią w jej języku, po serbsko-chorwacku. Odbyły się pokazy rzemiosł, warsztat kulinarny i występy zespołów kultywujących kulturę bałkańską. Była peczenica i pity zrobione przez mieszkańców.
Wcześniej we wsi nie było Koła Gospodyń Wiejskich ani żadnej innej organizacji. Po imprezie powstał pomysł, żeby utworzyć organizację, która będzie dalej wspierać te działania, ciągnąć temat historii. Powstało Koło Chłopa, prawdopodobnie pierwsze w Polsce. Jestem szczęśliwy, że chłopy będą się zbierać i zamiast piec ciasto, na przykład szykować pokazy dawnych rzemiosł.
- Kim są członkowie Koła?
- Jest człowiek, który prowadzi mały prywatny skansen, właściciel przedsiębiorstwa transportowego, jest pan, który bardzo interesuje się historią, jest człowiek, który ma starą młocarnię, mamy sportowca, radnego, sołtysa. Wszyscy oni chcą coś robić, działać i mają już pomysły. W przyszłym roku chcą wyjechać do Bośni, do miejscowości swoich przodków, które już nie istnieją. Za zgodą władz serbskich chcieliby na cmentarzu w Grabasznicy postawić krzyż i tablicę upamiętniającą polskich mieszkańców. Część członków Koła chodziła kiedyś jako kolędnicy. Chcą to wskrzesić. Odtworzyli teksty kolędnicze, jeszcze z Bośni i w tym roku wystąpią w szkole, co będzie połączone z Wigilią dla seniorów. 

- Zazwyczaj to kobiety są aktywniejsze w takich oddolnych inicjatywach.  Jak to się stało, że u was pałeczkę przejęli mężczyźni?
- Sołtys wsi Osieczów Tadeusz Marek jest bardzo prężny, we wsi Tomisław działa bardzo aktywnie Mirosław Kusy - radny. Zebrali wokół siebie mężczyzn, którzy chcą coś robić. Zdarzało im się wspólnie organizować bale Sylwestrowe, dożynki, wigilie dla seniorów. Teraz powstaje też Koło Gospodyń Wiejskich, będziemy współpracować.


Marek Sadowski, rocznik 1956. Przez 20 lat  pracował jako nauczyciel, m.in. w szkole w Tomisławiu, potem przez 12 lat był wójtem w powiecie głogowskim. Obecnie na rencie, wciąż działa aktywnie na rzecz społecznych inicjatyw. W 2010 roku dostał Tytuł Dolnoślązaka Roku. Mówi, że siedzi w nim społecznikostwo. Ma żonę, trzy córki i piątkę wnuków.
Mateusz Cuber, rocznik 1991, dyplomowany kucharz i społecznik z powołania. Zbiera materiały historyczne o swojej rodzinie oraz dawne przepisy kulinarne, z których później sam gotuje.  






KAŻDA POGODA JEST DOBRA. O MODELARSTWIE, PARALOTNIACH I PRACY Z DZIEĆMI.


           Bywają takie dni, że nad Świdwinem (zachodniopomorskie) można zaobserwować kilkanaście latających szybowców. Samolociki są ze styropianu, a puszczają je dzieci skupione wokół Wiesława Grzesiaka, miłośnika lotnictwa rekreacyjnego i przy okazji lokalnego społecznika.
Dzieci zawsze marzą o byciu strażakiem albo policjantem. W Świdwinie, przez bliskość jednostki lotniczej, każdy marzy, żeby być pilotem albo przynajmniej pracować przy samolotach. Te marzenia można zacząć spełniać właśnie na moich zajęciach – opowiada pan Wiesław, który od wielu miesięcy pracuje z dziećmi i młodzieżą w świetlicy środowiskowej „Chatka Puchatka” w Świdwinie. Składają razem proste modele samolotów. Własnoręcznie wykonują latawce: z kilku listewek, paru gwoździków i materiału. Prasują bibułę, kleją i robią z tego balon, który następnie napełniają rozgrzanym powietrzem i puszczają nad szkolnym boiskiem.
Styropian do szybowców biorą od robotników pracujących na budowach. Drewienka od stolarzy. – To takie trochę recyklingowe modelarstwo – przyznaje pan Wiesław. – Komuś coś się zostało, to my to wykorzystujemy. Nawet rakietki modelarskie są ze zwykłego brystolu zwiniętego w rulon!  Okazuje się, że pomimo ograniczonych środków, można raz w tygodniu prowadzić pasjonujące zajęcia, na które przychodzi mnóstwo dzieciaków, nawet takich, które wcześniej nigdy do świetlicy nie zaglądały. Co przyciąga młodych do tego, żeby co środę o szesnastej zjawić się na zajęciach u pana Wiesia? – Myślę, że tu chodzi o pasję. Modelarstwo i lotnictwo to mój bzik od dawna. Myślę, że to jest siłą tego przedsięwzięcia. Dzieci przychodzą, mają zadanie do wykonania, tworzą coś bardzo konkretnego, materialnego. Coś, co wkrótce zaczyna latać! Te modele oczywiście stają się potem ich własnością. Mogą zabrać do domu, pokazać znajomym. Czują dumę, że to praca ich własnych rąk. Pan Wiesław przyznaje, że dostrzega wiele zaniedbań w systemie edukacji. – Praktycznie nie ma już zajęć technicznych w szkołach. Dlatego ja zaczynam od prostych rzeczy, od podstaw: konstrukcji latawca z listewek, gwoździków itp. Oklejenia go i pomalowania. Robiliśmy też balony napędzane nagrzanym powietrzem. To już trochę trudniejsze, wymaga większej precyzji, ale z drugiej strony niewiele nam do szczęścia trzeba: duży stół, żelazko i klej.
Skąd pomysł właśnie na takie zajęcia? Pan Wiesław nie ukrywa, że nie jest nauczycielem i nigdy nie kształcił się w pedagogice… – Oczywiście, jak to zwykle bywa, zdecydował przypadek – wspomina. – Puszczałem któregoś razu modele na łące. Podeszło kilkoro dzieci, zapytało co to jest i jak się takie rzeczy robi. Okazało się, że zainteresowały się tematem. Ostatecznie nakłoniła mnie dyrektor świetlicy środowiskowej, z którą te dzieci były związane. Wkrótce zacząłem prowadzić regularne, cotygodniowe spotkania dla wszystkich chętnych.
Zajęcia cieszą się dużą popularnością. Zapytany o specyfikę swoich warsztatów, pan Wiesław odpowiada od razu: – Tu jest przyjemność, zaś szkoła kojarzy się głównie z obowiązkiem. Tu u mnie jest pełna dobrowolność, luz. Oczywiście są pewne zasady, pewne ramy, których musimy się wszyscy trzymać. Nie toleruję przeklinania, rozrabiania itp. To dziwne, ale ja w ogóle nie mam w tej grupie tzw. problemów wychowawczych!
Momentem kulminacyjnym projektu była wycieczka do Krakowa do Muzeum Lotnictwa, którą udało się zorganizować dzięki wsparciu Towarzystwa „ę” i Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności. – Wielkie przeżycie dla nas wszystkich! Po pierwsze długa podróż pociągiem (śmiech), po drugie mnóstwo atrakcji na miejscu. Jak dotychczas, to najbardziej spektakularny nasz wyjazd.
Pan Wiesław jest znany w lokalnym środowisku. Działa od lat. – Mówią na mnie „ostatni Mohikanin”. Dziwią się, że mi się chce. Niektórzy nie wierzą, że ja to robię nie dla pieniędzy. Ba! Częstokroć muszę wręcz dokładać – przyznaje. Czasami ktoś pomoże, dorzuci parę złotych albo ofiaruje trochę materiałów, które przydadzą się w modelarstwie. A lokalna władza? – Niby doceniają. Mówią, że robię dobrą robotę, ale na konkretne wsparcie liczyć nie mogę. Nawet kilkaset złotych to dla gminy problem – przyznaje z żalem. – Niestety jestem w urzędzie raczej petentem niż partnerem.
Przez dziesięć miesięcy działania prowadzone były we współpracy z Towarzystwem „ę” w ramach programu „Seniorzy w Akcji”. To dzięki temu udało się otrzymać dofinansowanie i pojechać do Warszawy na kilka dni intensywnych warsztatów.
Okazało się, że mogę też liczyć na wsparcie przyjaciół – przyznaje pan Wiesław. Konkretnie na osiemnastkę zrzeszoną w Świdwińskim Stowarzyszeniu Lotnictwa Rekreacyjnego. – To takie nasze kółko różańcowe (śmiech). Często się spotykamy. To całe nasze życie! Parę osób lata na motolotniach, paralotniach lub ULMach (Ultra Lekkie Maszyny – samolociki do 450 kg – przyp. KP), reszta zajmuje się modelarstwem. Blisko połowa z tych ludzi to wojskowi lub byli wojskowi. Mechanicy, nawigatorzy, meteorolodzy itp. Ta pasja ogromnie wciąga. Przecież niektórzy pracują cały dzień w jednostce, przy samolotach, a po pracy – w czasie wolnym – znowu ciągnie ich do latania! Lata z nami nawet 70-latek! Co na to rodziny? – Oczywiście najważniejsze są nasze żony! (śmiech) To z nimi przecież trzeba najpierw wszystko uzgodnić. Śmiejemy się, że jesteśmy trochę jak marynarze – dużo czasu spędzamy poza domem. Dzwoni Józek, pyta czy dziś latamy, bo jest dobra pogoda. Pół godziny później już mnie w domu nie ma! – śmieje się pan Wiesław. Na pytanie, czy w ogóle istnieje coś takiego jak zła pogoda, odpowiada: – No właśnie… Dla nas każda jest dobra. Jak jest wiatr, to puszczamy latawce, jak nie ma wiatru, to latamy na paralotniach, puszczamy balony, modele itp.
Są razem już prawie 18 lat. – Tu nie ma przymusu, my po prostu chcemy być ze razem. Pomagamy sobie, wspieramy się. Nawet finansowo. Pożyczamy części do tych paralotni. Samemu nic się w tym nie zdziała. Pomoc kolegów się przydaje w pracy z dziećmi. – Ktoś podrzuci trochę materiałów, udostępni swoje części. Czasami mnie kumpel zastąpi. Dużo wsparcia otrzymuję również podczas organizacji większych pokazów lub zawodów dla dzieci.
Pan Wiesław przyznaje, że ich działalność szybko stała się rozpoznawalna. Są zapraszani na pikniki, imprezy gminne, pokazy itp. Lokalni dziennikarze mają o czym pisać. – To jednak działalność niezarobkowa. Przecież to wszystko opłacamy ze swoich pieniędzy. Na komercyjne imprezy się nie wybieramy. Pasja promieniuje. Oprócz dzieci i młodzieży, przychodzą również dorośli. – Ktoś chciałby spróbować, zastanawia się czy mu się to spodoba, czy ma kupować swój sprzęt. Doradzamy, pokazujemy, o co w tym wszystkim chodzi.
Zapytany o przyszłość pan Wiesław wzdycha ciężko. – Już sobie obiecywałem, że koniec. Że to mnie za dużo kosztuje. Boli mnie bierna postawa lokalnych władz i ciągłe proszenie o wsparcie. Nie wiadomo też, jaka jest przyszłość świetlicy, w której organizujemy zajęcia. Z drugiej strony wciąż mamy z żoną na tapecie jakieś programy, do których można aplikować po grant.

Jest dla kogo się starać. – Niektórzy są bardzo zaangażowani – przyznaje pan Wiesław. – Chłopcy chcą już chwytać za stery i pilotować te zdalnie sterowane modele. A przecież ich trzeba przyuczyć, to już nie jest takie proste! Zapowiada się więc, że z zajęć modelarskich nie sposób będzie zrezygnować. – Nie mam pojęcia, z czego to wynika, że te dzieci mnie kupiły. Chyba rzeczywiście chodzi o siłę pasji. Ja bez tego żyć nie mogę i to pewnie czuć. 

Tekst oraz foto: Krzysztof Pacholak, Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”, 2013