środa, 30 października 2013

MOBILNA KAWIARENKA OBYWATELSKA



Co to jest obywatelskość i czy warto o niej debatować? Jakie problemy w swoim otoczeniu widzą seniorzy i jakie mają sposoby na ich rozwiązywanie? Jak się dogadać z wójtem, żeby stał po naszej stronie? Elżbieta Demby opowiada o swoim projekcie „Mobilna Kawiarenka Obywatelska” (zrealizowanym w ramach programu Seniorzy w Akcji) i o tym, dlaczego warto pisać listy.

Krzysztof Pacholak: „Mobilna kawiarenka”? Cóż to za projekt? 
Elżbieta Demby: „Mobilna kawiarenka obywatelska” to spotkania seniorów w wieku 55+. Rozmawiamy sobie, dyskutujemy z ciekawymi ludźmi: samorządowcami, ekspertami od społeczeństwa obywatelskiego. Oczywiście, tu nie chodzi jedynie o takie próżne gadanie (śmiech). Mamy ambicję, żeby z tych dyskusji wynikły konkretne zmiany.

KP: Spotyka się raczej kluby seniora o profilu kulturalnym, sportowym, zdrowotnym itp. Skąd pomysł na tematykę obywatelską? 
ED: Tak, to prawda, że mój pomysł jest dość nietypowy. Ta tematyka bywa ciężka, ale nie mogłam wybrać innej. Całe moje życie to działanie w sferze publicznej. Byłam radną powiatową oraz dyrektorem szkoły. Znam ten temat, czuję się w nim kompetentna. Teraz jestem na emeryturze i okazuje się, że nie potrafię tak siedzieć i nic nie robić. Założyłam jedno stowarzyszenie, potem drugie. Chodzi mi o zaktywizowanie ludzi. Żeby ich wyciągnąć ich z domu, odkleić od telewizora. Stworzyć sytuację do spotkania.

KP: Kogo udało się zainteresować projektem? 
ED: Mnóstwo osób! Z początku było dość kameralnie: dwadzieścia, trzydzieści osób. Na końcowych dyskusjach było nas już pięćdziesięcioro! Musieliśmy wynająć busika, który dowoził chętnych na spotkania! (śmiech). Po zakończeniu projektu rozdzwoniły się telefony. Ludzie przeczytali w lokalnych gazetach nagłówki „Piękna jesień życia w Dzierzążni” i postanowili się dołączyć. Nasze stowarzyszenie Amicus się rozrasta. Dużo deklaracji członkowskich ostatnio rozdałam.

KP: Z kim się spotkaliście i o czym rozmawialiście?
 ED: Rozpoczęliśmy się od takiego fajnego inauguracyjnego seminarium, które poprowadziła dr Magdalena Arczewska z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Pani doktor wyjaśniła od podstaw, czym jest „społeczeństwo obywatelskie”. Zapytała zgromadzonych, czy mają jakiś wpływ na działania podejmowane przez gminę? Jak można doprowadzić do realnej zmiany w swoim otoczeniu? Na czym polega pisanie listów intencyjnych itd.  
Potem mieliśmy spotkanie z ratownikiem medycznym. O obowiązku udzielania pierwszej pomocy, o interweniowaniu podczas wypadku itd. Bardzo dużym zainteresowaniem cieszyło się to spotkanie, nawet w ankietach wyczytałam, że teraz już panie wiedzą, co zrobić, gdy się wnuczek zakrztusi.
      Zaprosiliśmy do dyskusji również panią prawnik. Rozmawialiśmy o ważnych – szczególnie wśród starszych ludzi – tematach darowizn i spadków. 
      Dwa razy byli lokalni radni. Była sekretarz Urzędu Miasta i radca Urzędu Miasta Płońska wraz z panią sekretarz. Mówili o kodeksie cywilnym i o prawach konstytucyjnych jakie nam przysługują. Była dyrektor banku, byli też policjanci opowiadający o bezpieczeństwie seniorów. Poznaliśmy mnóstwo osób (śmiech).

KP: Kiedy na spotkania zaprosiliście władzę lokalną? 
ED: Nie od razu. Chyba na siódme z kolei spotkanie. Musieliśmy się wcześniej przygotować, obeznać z tematami. Wyjątkiem była przewodnicząca Rady Gminy, która towarzyszyła nam od początku. Wkrótce nawet udało się zaangażować pana wójta (choć – z różnych przyczyn – było to trudne zadanie).

KP: A co z obecnością mężczyzn? Najczęściej w takich grupach dominują kobiety. 
ED: U nas było wręcz przeciwnie! Panowie – owszem – byli w mniejszości, ale to oni nadawali ton dyskusji. Miałam takich dwóch starszych panów: 85 i 88 lat. Byli dla mnie ogromnym wsparciem. Pomogli w organizacji, zaangażowali się w zapraszanie seniorów. Brali bardzo czynny udział w dyskusjach.

KP: Wasza „Mobilna kawiarenka” ma na koncie wielki sukces. Proszę opowiedzieć. 
ED: Tak. Udało nam się dokonać realnej zmiany w gminie. Śmieszne, bo w ogóle nie zakładaliśmy, że taka zmiana będzie efektem naszych spotkań. Chcieliśmy raczej poznać zasady funkcjonowania władzy lokalnej, przypomnieć sobie nasze prawa i obowiązki obywatelskie. A tu proszę – zmieniliśmy kawałek świata. 
     Ale od początku. Zaprosiliśmy dwie panie z sieci Latających Socjologów Towarzystwa „ę”. Pani Katarzyna i pani Dorota przyjechały poprowadzić warsztaty z naszą grupą. Wspólnie wypisaliśmy wszystkie problemy, które dostrzegamy w najbliższym otoczeniu. Każdy z osobna przeanalizowaliśmy pod kątem mocnych i słabych stron. Zastanawialiśmy się, co realnie możemy zrobić, żeby dany problem rozwiązać.

KP: Co się pojawiło na tapecie? 
ED: Oczywiście różne rzeczy. Mniej ważne i bardziej. Z tych ważniejszych: pojawił się temat braku przedszkola, brak ośrodka zdrowia z punktem rehabilitacji itp. Pojawił się też postulat bardzo wówczas aktualny, czyli ogrzewanie w remizie. Nasze spotkania nie mogły się tam odbywać, bo było za zimno. Musieliśmy się cisnąć pokątnie w szkole. Po analizie okazało się, że remiza ma duży potencjał, że można by tam organizować różne spotkania, imprezy, zabawy, mogłaby się otworzyć i dla seniorów, i dla młodzieży. Wystarczy o nią zadbać. Nieogrzewana niszczeje i się marnuje.    Postanowiliśmy napisać do wójta list intencyjny, w którym opisaliśmy problem i zasugerowaliśmy jego rozwiązanie. Podpisały się 43 osoby! To było coś! Trzy spośród nich zostały wytypowane do tego, żeby złożyć list na ręce wójta.

KP: Jaka była jego reakcja? 
ED: Nooo… na początku trochę się żachnął (śmiech). Cóż my chcemy i co to za list? Jedna z pań spokojnie wyjaśniła wszystko. Dzięki opanowaniu emocji i klarownemu przedstawieniu argumentów okazało się, że wójt „kupił” nasz pomysł. Stwierdził, że to faktycznie ważna sprawa. Poprosił o czas do zastanowienia.  
      Jakiś czas potem przyszedł na spotkanie naszej kawiarenki i ogłosił, że ma opracowaną gotową koncepcję remontu remizy i że składa wniosek do odpowiednich organów.
       Mało tego! Idąc za ciosem i korzystając ze sprzyjającej relacji, postanowiliśmy przedstawić wójtowi „Kartę współpracy” z seniorami. Chodziło o to, żeby pokazać władzom szerszy kontekst naszego położenia. Opisaliśmy więcej problemów, którymi należałoby się zająć. Od ogólnych, jak np. „brak integracji mieszkańców, szczególnie osób starszych”, „brak wymiany doświadczeń pomiędzy młodzieżą i seniorami” do bardzo konkretnych: „brak gminnego centrum aktywności lokalnej”, „za mało przejść dla pieszych”. Cała długa lista.

KP: Co na to wójt? 
ED: Podpisał! Proszę, Pan zobaczy! (śmiech)

KP: Jaka była reakcja Waszej grupy na to, co się stało? Zyskaliście poczucie sprawczości? 
ED: Myślę, że poczuli tę sprawczość zwłaszcza seniorzy. Docenili te spotkania, przekonali się, że to nie są tylko pogawędki przy herbacie, że może coś konkretnego z tego wyniknąć. Że ktoś potraktował ich poważnie, podmiotowo. To wielki sukces naszej „Mobilnej kawiarenki obywatelskiej”. A przecież w ogóle tego nie zakładaliśmy. Już sam fakt, że zredagowaliśmy list i zgromadziliśmy kilkadziesiąt podpisów, mógłby uchodzić za sukces. Ale że nastąpi realna zmiana… tego chyba się nie spodziewaliśmy (śmiech).

KP: We wniosku do programu „Seniorzy w Akcji”, który Pani napisała, znalazłem takie zdanie: „Zdajemy sobie sprawę z ryzyka, jakie istnieje przy realizacji naszego projektu. Najważniejsze to odmowa współpracy z nami ze strony władz lokalnych oraz niska frekwencja udziału w spotkaniach”. Dziś już wiemy, że były to niesłuszne obawy? 
ED: (śmiech) No tak. Chociaż przyznam, że moje obawy nie były bezpodstawne. Reakcja wójta mnie mile zaskoczyła. Przyznam, że miałam w rękawie „plan B”, który polegał na tym, żeby zacząć pukać do drzwi władz powiatowych. Jak wspomniałam, byłam radną w powiecie, więc się tam lepiej orientuję. Okazało się, że nie było jednak takiej potrzeby.
        Przypomniały mi się słowa prezeski Towarzystwa „ę”, która na warsztatach w Warszawie, gdy konsultowałam swój pomysł, uczuliła mnie na to, żeby za wszelką cenę nawiązać z władzą dobre stosunki. Żeby to rozegrać delikatnie, bez atakowania. Miała rację.

KP: A co z tymi pozostałymi problemami? Może idąc za ciosem uda się o nie zawalczyć? 
ED: Myślę, że akurat temat przedszkola jest zbyt skomplikowany. Pewnie nam się nie uda. Ale wspomniany wcześniej ośrodek rehabilitacji to bardziej realna perspektywa. Na nasze spotkania przychodziła dyrektor ośrodka zdrowia, może uda się coś wskórać. Wiemy już, że takie rzeczy wymagają wytrwałej pracy na wielu frontach.

KP: Co by Pani poradziła komuś, kto chciałby taki cykl spotkań zorganizować u siebie mieście? Może kilka złotych rad?
 ED: (śmiech) Wie Pan, ja to jakoś we krwi mam, trudno tak doradzać. Na pewno ważna jest otwartość do ludzi. Ja mam taką naturę. Zaprosiłam do projektu wolontariuszy, moich byłych uczniów, obecnie studentów. Bardzo się polubili z moimi seniorami. Ważne jest, żeby zajmując się seniorami, nie stracić z oczu młodych. To jedno.Drugie to odpowiedzialność, sumienność, punktualność. Nie można nawalić. Jak jest spotkanie, to nie ma zmiłuj, nawet jak leżę z gorączką, to muszę przyjechać, bo przecież ja to organizuję. 
        Trzecia rzecz to ciekawe tematy tych spotkań. Na początku można zasugerować swoje, ale nie zwalnia nas to z obowiązku wysłuchania potrzeb uczestników grupy. Ja dosyć często robiłam ankiety, w których pytałam, o czym chcieliby moi seniorzy porozmawiać na przyszłych spotkaniach.
         Czwarta sprawa: nie bać się. To nie jest drogie przedsięwzięcie. To przecież tylko rozmowy. Ktoś może naparzyć herbaty, ktoś przyniesie ciasto. Należy znaleźć salę, ogłosić gdzie trzeba i – co bardzo ważne! – zorganizować dojazd. Część ludzi dojeżdża swoimi samochodami, część rowerami, ale o tych pozostałych nie wolno nam zapomnieć.

KP: Co dalej? Projekt się oficjalnie zakończył. 
ED: Remont remizy trwa. Jesteśmy umówieni na jej otwarcie, na Wigilię tego roku.

KP: Szykuje się kolejna odsłona „Mobilnej kawiarenki”? 
ED: Tak jest! (śmiech)


Autor rozmowy z Elżbietą Demby:
Krzysztof Pacholak, Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”
 

poniedziałek, 30 września 2013

SENIOR CORPS - KORPUSY SENIORÓW

Senior corps (Korpusy seniorów) łączą osoby w wieku 55+ z osobami i organizacjami, które potrzebują ich pomocy. Działający w Senior corps seniorzy otrzymują odpowiednie szkolenia, by stać się potem mentorami, trenerami czy opiekunami dla osób w potrzebie, wykorzystując przy tym swoje umiejętności i doświadczenie.

Źródło: http://photos.nationalservice.gov/photos/i-JmqVPCZ/1/M/i-JmqVPCZ-M.jpg

Senior corps funkcjonują w ramach Korporacji Krajowej i Lokalnej Służby Społecznej (Corporation of National and Community Service) w Stanach Zjednoczonych. Jest to agencja federalna wspierająca organizacje pozarządowe, dzięki którym możliwa jest poprawa sytuacji życiowej wielu Amerykanów.Senior corps działają w ramach trzech programów:

Dziadkowie zastępczy- wolontariusze 55+ odwiedzają różne jednostki edukacyjne, szpitale, ośrodki dla młodzieży pomagając najmłodszym w nauce pisania i czytania, zajmując się opieką nad młodymi matkami, trudną młodzieżą oraz dziećmi niepełnosprawnymi. Wolontariusze przechodzą przez specjalne szkolenia, dzięki którym  w profesjonalny sposób mogą podzielić się miłością i współczuciem z osobami pokrzywdzonymi przez los.

RVSP- Retired & Senior Volunteer Program – Program Wolontariuszy Emerytowanych i Seniorów: jest to największa sieć wolontariuszy 55+ w USA. Osoby biorące udział w programie dzielą się swoją wiedzą i umiejętnościami poprzez aktywną działalność na rzecz lokalnej społeczności. Wolontariusze pracują przy renowacji domów, są mentorami i udzielają pomocy nauczycielskiej niepełnosprawnym oraz poszkodowanym przez los dzieciom i młodzieży, uczą języka angielskiego imigrantów i wspierają ofiary klęsk żywiołowych.  

Seniorzy Kompani – W ramach tego programu wolontariusze 55+ pomagają innym seniorom, którzy mają problemy z wykonywaniem czynności codziennych. Dzięki pomocy Kompanów osoby te nie tylko mogą nadal żyć niezależnie, nie przenosząc się do domów opieki, ale także zyskują nowych towarzyszy i przyjaciół.

Do Senior corps może zgłosić się każdy obywatel USA. W ramach programu otrzymuje odpowiednie szkolenie, ubezpieczenie w trakcie pełnienia służby, a czasem także zwrot kosztów w przypadku niektórych zadań. Dzięki temu organizacja działa prężnie, skupiając coraz więcej chętnych do pomocy, bowiem, jak głoszą Senior corps, pomagając innym, pomagasz także sobie.

Strona internetowa Korpusów Seniorów:
Galeria zdjęć:

Tekst: Katarzyna Belczyk

NARZĘDZIE W RĘKU

L'outil en main (Narzędzie w ręku) jest organizacją działającą we Francji. Głównym celem organizacji jest nauka dzieci w wieku od 9 do 14 lat, podstawowych, tradycjonalnych zawodów tj. piekarz, ogrodnik czy krawiec. Dzieci wykonują, zaczynając od najprostszych, czynności związane z tymi zawodami. Nauczycielami są osoby będące na emeryturze, które pragną zaszczepić fascynację do swojego zawodu, wykonywanego w ciągu życia. Oddział, o którym opowiada poniższy filmik, tworzą przedstawiciele 43 różnych zawodów. Obecnie u mistrzów fachu uczy się 31 dzieci, które w każdą sobotę zgłębiają tajniki pieczenia chleba, sadzenia kwiatów czy szycia na maszynie.


Zwrócono uwagę, że w obecnych czasach, dzieci bez najmniejszego problemu potrafią korzystać z komputera czy innych nowych technologii, jednak gdy mają wykonać złożone czynności, niezbędne w codziennym życiu, mają z tym trudności. Nauka prowadzona w tejże organizacji umożliwia wypracowanie precyzyjnych ruchów ręki, które są podstawą do wyrobienia ciasta na chleb, utrzymania pędzla czy przecinania nożyczkami materiału.
Każde dziecko ma za zadanie wykonania 10 przedmiotów. W ten sposób, pod czujnym okiem nauczyciela, może nauczyć się niezbędnych czynności a także odkryć pasję do wykonywanego zadania.


Autor: Kinga Beczek

POWRÓT GAWĘDZIARZY

Sztuka opowiadania historii, w naturalny sposób przypisana osobom starszym, przechodzi swój renesans w nowojorskim ośrodku ESTA- Elders Share the Arts, czyli Starsi dzielą się sztuką.

foto: T.Kaczor

W ESTA osoby starsze dzielą się nie tylko opowiadaniami. Ubierają historie swojego życia w różnego rodzaju formy sztuki. Wspomnienia znajdują swoje ujście w sztukach plastycznych, zdjęciach, ustnej relacji i spisywanych opowiadaniach. ESTA oferuje różnego rodzaju warsztaty, gdzie seniorzy mogą podzielić się swoimi historiami z młodszymi, stworzyć kolaż na ich podstawie czy też przedstawić je na deskach teatru. ESTA wspiera kreatywność wśród osób 55+ wierząc, że wpływa ona pozytywnie na stan ich zdrowia, a także na zacieśnianie więzi w lokalnych społecznościach i na budowanie zrozumienia między pokoleniami.

Działalność ESTA koncentruje się wokół trzech głównych programów: Sztuki historii żywej, Sztuki międzypokoleniowej oraz Sztuki dla osób starszych z demencją. Sztuka historii żywej to warsztaty, podczas których osoby starsze dzielą się swoimi wspomnieniami poprzez sztuki wizualne, teatr, opowiadania ustne oraz pisanie, taniec i muzykę, a także fotografię. W warsztatach Sztuki Międzypokoleniowej biorą udział zarówno starsi jak i młodsi, ucząc się od siebie nawzajem, zwiększając swoją wrażliwość społeczną i umiejętność twórczej ekspresji. W program zaangażowane są szkoły, instytucje edukacyjne, domy kultury, muzea i biblioteki. Uczestnicy warsztatów spotykają się i, posiłkując się różnymi formami sztuki, wymieniają doświadczenia. Ostatni program poświęcony jest osobom starszym z demencją. Dla uczestników prowadzone są zajęcia, podczas których z pomocą profesjonalnych opiekunów, mogą oni wyżyć się twórczo, co także pozytywnie wpływa na stan zdrowia i poprawia jakość życia.

Organizacja działa na Brooklynie od 1979 roku. Wszystko zaczęło się od warsztatów teatralnych w Ośrodku dla Seniorów Hodson, w które stopniowo zaangażowało się pięć kolejnych ośrodków. Grupy uczestników, które zbierały się wtedy, by korzystając z własnych doświadczeń tworzyć sztukę, dały podstawę do "Pereł Mądrości"- zgromadzenia gawędziarzy, które funkcjonuje do dziś. Odwiedzając różne nowojorskie ośrodki, opowiadacze dzielą się historiami i zachęcają do tego samego swoich słuchaczy. Bo, jak głosi motto organizacji „Nie musimy być w tym samym wieku, by być częścią tej samej rozmowy”.

Strona internetowa ESTA:
Obrazy seniorów do hasła „Daleko od domu”:
Nagranie ze spotkania Pereł Mądrości (w języku angielskim):
„Kolaże życia”:


tekst: Katarzyna Belczyk

środa, 25 września 2013

GLINA I WIKLINA

Stanisława Spychała-Walenko i Joanna Mużelak  w ramach projektu "Seniorzy w akcji" zaprosiły młodszych i starszych mieszkańców gminy Nędza do udziału w twórczych warsztatach rękodzieła w zakresie ceramiki i wikliniarstwa. Warsztaty odbywały się cyklicznie co miesiąc od października 2012 do maja 2013 w Nędzy i w Zawadzie Książęcej. Uczestnicy nauczyli się jak wyplatać z wikliny najróżniejsze formy, jak ulepić z gliny miski, czajniczki, broszki i wazy. „Jeśli czujesz zamiłowanie do rękodzieła i prac manualnych, marzysz by zmienić coś w swoim otoczeniu, chcesz zintegrować się z lokalną społecznością i poznać bliżej swoich sąsiadów, a przede wszystkim zrobić wspólnie coś dla innych, ten projekt jest dla Ciebie. Nie musisz nic umieć, wszystkiego Cię nauczymy” – zachęcały autorki projektu. O tym co było w projekcie najważniejsze rozmawia z animatorkami Tomasz Kaczor. 

Od jak dawna się znacie?

Stanisława Spychała-Walenko: W zeszłym roku, razem ze Stowarzyszeniem Kobiet Aktywnych, które działa w Nędzy już szósty rok, organizowałam konkurs ozdób wielkanocnych. Asia wtedy zaczynała swoją karierę jako dyrektorka Centrum Kultury. Pomogła nam w rozpropagowaniu akcji, przygotowała plakaty i ulotki. Wyszło nam z tego wydarzenie na bardzo dużą skalę, bo udział wzięło prawie 300 osób. To było nasze pierwsze szczęśliwe spotkanie.

Joanna Mużelak: Okazało się, że obie mamy artystyczne dusze. Ja akurat byłam świeżo po warsztatach ceramicznych w Beskidzie Niskim, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Rozmawiając ze Stasią, dowiedziałam się, że jest ona z wykształcenia ceramikiem. Więc pojawił nam się impuls, by wspólnie jakoś tę ceramikę w naszym życiu uruchomić, a przy okazji też nauczyć innych.

To skąd w takim razie w waszym projekcie wzięła się wiklina?

JM: Jak już Stasia powiedziała, byłam wtedy na początkowym etapie swojej pracy w Nędzy. Mieszkam w Raciborzu i choć do Nędzy jest stamtąd tylko kilkanaście kilometrów, nie znałam jednak za dobrze lokalnego potencjału. Starłam się więc go zbadać i dowiedziałam się, że w Zawadzie Książęcej (jedno z sołectw gminy Nędza) działali kiedyś wikliniarze. Była tam koszykarnia, w której wyplatano kosze i przedawano je potem w Raciborzu na rynku. Uznałam, że to temat, który należałoby odświeżyć i nawiązać do tej tradycji.
I wtedy znalazłam ogłoszenie o konkursie Seniorzy w Akcji. Pomyślałam, że to bardzo dobra okazja, by połączyć oba nasze pomysły. Tym bardziej, że zarówno Stasia jak i osoby, które w Zawadzie zajmują się lub zajmowały wikliniarstwem, są seniorami.

Do konkursu startowałaś w podwójnej roli: koordynatorki projektu i przedstawicielki instytucji. Czy taka sytuacja była dla ciebie wygodna?

JM: Tak, dlatego że nie musiałam nikogo o nic prosić, do niczego namawiać, ani przekonywać do swoich pomysłów. Wszystkie decyzje podejmowałam sama i jeśli uważałam, że coś jest fajne, to po prostu to robiłam. Zresztą jesteśmy tak małą instytucją, że jako dyrektorka Centrum Kultury i tak sama zajmuję się całą koordynacją projektów. Dziś nawet nie bardzo sobie wyobrażam jak by to mogło wyglądać inaczej.

Stasiu, czy zanim zaczęłyście współpracę, organizowałaś tu jakieś zajęcia z ceramiki?

SS-W: Kiedy byłam dyrektorką szkoły w Kuźni Raciborskiej, chciałam stworzyć Szkołę Rzemiosł Różnych. Mieszkałam wtedy w Nędzy od niedawna, i ze zgrozą obserwowałam sytuację w gminie. Bezrobocie sięgało 22%. To było przerażające. Chciałam nawet wtedy sadzić wiklinę i uczyć ludzi rzemiosła na zasadzie chałupnictwa. Myślałam o tym, by np. górnicy, gdy w wieku 40 lat pójdą na emeryturę, zamiast spędzać czas w barze, pletli z żonami kosze. Niestety, 15 lat temu, gdy wpadłam na ten pomysł, był on kompletnie utopijny. Władze widziały we mnie tylko nawiedzoną babę z zewnątrz. Więc odpuściłam i zajęłam się czym innym. Robiłam tylko warsztaty ceramiczne dla młodzieży w swojej szkole, ale nigdy nie mogłam tego zrobić na większą skalę, bo nie miałam dostępu do pieca ceramicznego, a bez tego nie da się poważnie zajmować ceramiką. Dopiero Asia „kupiła” ode mnie tę ceramikę.

A jak tym razem udało się wam rozwiązać problem braku pieca?

SS-W: Na początku liczyłyśmy, że uda się wyremontować zepsuty piec ceramiczny, który jest w szkole w Nędzy. Niestety nic z tego nie wyszło. Ktoś nawet oferował nam mikrofalówkę do wypalania ceramiki.

JM: W końcu udało się nawiązać współpracą ze szkołą specjalną nr 10 w Raciborzu. Pani dyrektor była na tyle uprzejma, że pozwoliła nam skorzystać z ich pieca. Jeździliśmy tam chyba z dwadzieścia razy na wypały.

SS-W: Pani dyrektor nie chciała od nas żadnych pieniędzy, więc w ramach rewanżu planujemy poprowadzić w jej szkole warsztaty ceramiczne.

JM: Nas jako instytucji nadal nie stać na zakup pieca, dlatego tak ważne dla nas jest to partnerstwo ze szkołą w Raciborzy.

Jak szukałyście uczestników swojego projektu?

JM: Na początku trzeba było odszukać tych wikliniarzy, który kiedyś tu w gminie wyplatali kosze. Bardzo nam w tym pomogli pani bibliotekarka i pan Janek Baron, który pracuje w naszej świetlicy w Zawadzie Książęcej. Zorganizowałyśmy takie spotkanie, na którym przedstawiłyśmy pomysł i zachęcałyśmy do udziału w projekcie. Oczywiście oprócz tego był plakat, ulotki, wiadomości w lokalnych mediach: radiu i gazecie samorządowej. Zgłosiło się ponad 30 osób, a ostatecznie udział wzięło ponad 40.

Z tego co wiem na początku projekt nie zakładał, że lokalni wikliniarze będą też prowadzić część warsztatów?

JM: To wyniknęło spontanicznie. Mieliśmy zaproszonych trzech instruktorów wikliniarstwa ze Stowarzyszenia Serfenta, którzy za każdym razem przyjeżdżali do nas z Cieszyna. Ale w międzyczasie pan Hubert i pani Łucja postanowili przeprowadzić dodatkowe warsztaty z lokalnej techniki wyplatania koszy. Poprowadzili dwa warsztaty, bo za jednym posiedzeniem nie da się wypleść kosza.

Pani Łucjo, jak odnalazła się pani w roli instruktorki?

Łucja Przybyła*: Bardzo dobrze! Aż się zdziwiłam jacy wszyscy byli chętni, jak chcieli zrobić swój kosz, choćby nawet miał być koślawy. Niektóre rzeczy są jeszcze niedoskonałe, ale jak na pierwszy raz to wyszło bardzo dobrze. Jeden od drugiego oglądał jak się to robi, a koło mnie to ze trzy czy cztery osoby z tym zaczętym koszykiem siedziały i pytały „co teraz? gdzie teraz? jak dalej robić?”. Wszystkim nie szło podpowiedzieć… Ale jak by trzeba było, to aż do śmierci mogę uczyć!
Hubert Piechula*: Ta pani to ma w genach!

ŁP: Ja już od piętnastego roku życia siedziałam obok dziadka, obok ojca i plotłam. W jednym pokoju, przy piecyku się siedziało. Dziadek palił w piecu, żeby było ciepło, babcia zażynała, żeby dobrze wlazły te patyki, a ja już plotłam. Cała wieś potrzebowała koszyków, bo kiedyś nie było plastików. Wszystko ręcznie się robiło. Takie ogromne kosze na siano, na owoce. Na wszystko!
Wtedy koszyki były w cenie. Mieliśmy hektar łąki koło Odry, nasadziliśmy tam wikliny i z tego się żyło. Zimą się plotło, a latem się wyjeżdżało i handlowało. Wtedy w każdej chałupie było małe gospodarstwo.

Widzę, że teraz na warsztatach jest też wnuczka.

ŁP: Ja jej powiedziałam tak: „Póki ja jestem, trza cię nauczyć”. No i przyszła i w dwie soboty zrobiła koszyczek. Dobrze jest wszystko umieć, bo w życiu się to przyda.

A państwo tu pleciecie cały czas? Są zamówienia?

ŁP: Jeszcze w zeszłym roku uplotłam komuś taki wielki kosz na siano, ale tego roku to już bym nie dała rady… Dla siebie jeszcze zrobię, ale tak na sprzedaż to już nie.

SS-W: A ja myślę, że to trzeba rozpropagować. Kocham wiklinę od dawna i jeszcze zanim zamieszkałam w Nędzy, kupowałam wiklinę jako ozdobę a nie przedmiot użytkowy.

Leon Wolnik*: Dekoracyjnie może tak, ale kiedyś koszyk był po to, żeby ziemniaki zbierać na polu. A kto teraz idzie na pole z koszykiem? Wszystko kombajnami wykopią…

ŁP: Ale jeszcze niedawno jeden gospodarz poprosił mnie, żebym zrobiła mu dwa koszyki. Ja się pytam „Ale na co ci, masz przecież plastiki?”. A on na to, że jak go zrzucił raz, to mu cały popękał. Z kolei inna kobieta mówiła, że chciała przysiąść na plastikowym koszyku, i cały się rozwalił, a z wikliny trzyma nawet trzy lata.

Opowiedzcie jeszcze coś o finale. Jak to wyglądało?

JM: Finałem było wspólne budowanie wiklinowej altanki. Wszystko odbyło się 27 kwietnia. Wcześniej, razem z uczestnikami projektu, wybraliśmy miejsce. Ustaliliśmy, że chcemy to zrobić w jednym z przedszkoli w gminie Nędza. Ostatecznie wybraliśmy przedszkole w Łęgu, bo w tej wsi tradycja wikliniarstwa była najsilniejsza. Chcieliśmy tym samym wznieść jej w tym miejscu taki pomnik. Całą pracę nad budową altanki koordynowali instruktorzy ze Stowarzyszenia Serfenta. Krok po kroku tłumaczyli, pomagali, a cała 40 osobowa grupa budowała altanę.

ŁP: Pracowali jak mrówki! To było coś bardzo fajnego!

SS-W: Kobiety ze szpadlami, z łopatami, dzieci. Każda osoba się przydała, dla każdego było zadanie. Oczywiście koncepcji w trakcie pojawiało się mnóstwo, ale nasi instruktorzy byli bardzo elastyczni i pozwalali nam na bieżąco ingerować w całą konstrukcję. Jakby się dokładnie przyjrzeć, to każdy element ścianki jest trochę inaczej pleciony, ma trochę inny wzór, zgodnie z pomysłem i inwencją uczestnika.

Czy grupa uczestników była międzypokoleniowa?

JM: Tak. Najmłodszy uczestnik miał 6 lat, a najstarszy, pani Łucja, 79.

I jak się pracowało w takiej międzypokoleniowej grupie?

ŁP: Bardzo fajnie! Aż się zdziwiłam… Jakby to tak powtórzyć, to by poszło jeszcze lepiej, bo ci, którzy byli za pierwszym razem, mogli by też trochę uczyć nowych.

SS-W: Wiele osób, które nie uczestniczyły w warsztatach, ale przyszły na finał, pytały się czy będzie następny raz. Pani wójt też przyszła i jakieś tam deklaracje z jej strony były. Zobaczymy co dalej z tego będzie.

A wy byście chciały? Macie taki pomysł czy wolicie spróbować teraz czegoś innego?

SS-W: Na pewno byłoby to jakoś rozszerzone

ŁP: A gdyby tak nauczyć szyć?

SS-W: O Boże! Ja to dawno mówię! Młodzież dziś nawet guzika nie umie przyszyć…

To wszystko brzmi bardzo wzorowo: świetna frekwencja, grupa międzypokoleniowa. Nie dość, że udało się ściągnąć na warsztaty profesjonalnych instruktorów, to jeszcze niespodziewanie wśród uczestników ujawniły się talenty pedagogiczne. Do tego bardzo udany finał. Mieliście w ogóle jakieś problemy?

JM: Problemy były z warsztatami ceramicznymi. Chciałyśmy zacząć już w listopadzie, ale nie udało się na czas znaleźć pomieszczenia. Cały czas pertraktowaliśmy z władzami gminy, potrzebowaliśmy lokalu z dostępem do bieżącej wody, bo w Centrum Kultury mamy tylko jedną salę. W końcu w lutym przejęliśmy pomieszczenie po zakładzie fryzjerskim. Szybciutko je wyremontowaliśmy i od razu wystartowaliśmy z pierwszymi warsztatami ceramicznymi.

SS-W: Jak się ma pasję, to człowieka nic nie powstrzyma. Wydaje mi się, że jak się ludziom zaproponuje ciekawe zajęcie, to wyjdą z domów.

Z tego co słyszę, to tu raczej nikt w domu nie siedzi. No, chyba że w domu kultury…

SS-W: To prawda, dużo się dzieje. Nędza to nie nędza!


*Łucja Przybyła, Hubert Piechula i Leon Wolnik są uczestnikami projektu, emerytowanymi wikliniarzami z gminy Nędza. Po wojnie, tak jak większość mieszkańców gminy, zajmowali się oni wyplataniem koszy z wikliny. W ramach warsztatów „Zakręceni w glinie i wiklinie” poprowadzili dwa warsztaty z wyplatania koszy lokalną metodą.




Tekst oraz foto: Tomasz Kaczor